2009/01/03

Szwedzka poprawność polityczna

Drugi tydzień Gazeta Wyborcza publikuje ciekawe artykuły Macieja Zaręby o szwedzkiej paranoi poprawności politycznej (tu i tu). Tak, PARANOI. Mimo, że jesteśmy zwolennikami poprawności politycznej, nie sposób nazwać przedstawionej tam rzeczywistości inaczej. I takie nas naszły rozmyślania. Z jednej strony, to ciekawe przeczytać, jak dobra idea zostaje wypaczona. Historia w końcu zna takie przypadki - stalinizm też zbudowano na całkiem przyjemniej idei. Z drugiej naszły nas wątpliwości czy opisywany stan rzeczy nie jest jakoś przerysowany i nieprawdziwie przekręcony, tak jak to było z zakazem używania słów mama i tata w Kalifornii? Nie wiemy jak jest - nie znamy rzeczywistości szwedzkiej.

Zdajemy sobie jednak sprawę, że może istnieć grupka znerwicowanych queeromaniaków, którzy przy pomocy jakiegoś bubla prawnego (wspominana w tekście ustawa), może nieźle napsuć krwi. Piszemy znerwicowani queeromaniacy, chociaż zdajemy sobie że dla wielu przypadkowych gości tego bloga sami się do takich zaliczamy. Cóż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i mimo wszystko wierzymy, że jest wcale niecienka granica między terrorem poprawności politycznej a nie czynieniem drugiemu przemocy tą czy inną normatywnością.

Problem leży jednak jeszcze na innej płaszczyźnie. Te artykuły mają taką wymowę "Strzeżcie się, póki nie jest za późno! Poprawność polityczna wywróci wasz świat do góry nogami." W kraju w którym zdarza się prominentnym osobom mówić, że wybór Obamy jest końcem cywilizacji białego człowieka, homoseksualizm mylić z parafiliami (trudne słowo!), a w kobietach widzieć tylko serca, które bije między ich nogami, daleko nam jeszcze do szwedzkiego poziomu terroru poprawności. Tak daleko, że nie ma co nawet włączać wczesnych systemów ostrzegania. Te artykuły wydają się więc nam jak kulą ww płot - siejąc "Ola Boga, co to będzie". Trochę niczym niegdysiejszy niesławny tekst księdza OKO, który wołał protest samych dziennikarzy GW.

2008/12/31

Prywatność

Wpadł nam w ręce "Cywil w Berlinie" Antoniego Sobańskiego wydany po przeszło 70 latach na nowo w 2006. To zbiór reportaży z okresu rozwoju hitleryzmu w Niemczech. Ale nie o samych reportażach, chociaż są wyśmienite, ale o autorze. We współczesnym słowie wstępnym napisanym przez Tomasza Szarotę mamy krótką biografię Sobańskiego. Na podstawie zapisków znajomych czytamy w nim między innym, że był on przedstawicielem elegancji, smaku, dystynkcji, europejskiej egzotyki. Jednym słowem gentelmen ą, ę, bułkę przez bibułkę, bywał tu, bywał tam. W sumie standardowa notka biograficzna. Tylko trochę brakuje informacji, że ożenił się z X, po ślubie urodziło im się Y. Albo, że "nigdy nie zdecydował się ożenić" Takich standardowych elementów biograficzych. Albo tego, że był homoseksualistą.

Jego ówczesna znajoma, Irena Krzywicka pisze o nim w swojej autobiografii ("Wyznania gorszycielki") wspominając jego spotkanie z Janem Tarnowskim: "... Obaj panowie zaprzyjaźnili się serdecznie, zwłaszcza, że obaj byli homoseksualistami". Był to powszechnie znany fakt i chyba nieskrywany, skoro znajomymi Sobańskiego byli Iwaszkiewicz, Słonimski, Lechoń czy Gombrowicz i międzywojenna homoseksualna lub heteroseksualna-ale-liberalna bohema. Czyżby zatem we wstępie napisanym współczesnie pominięto jakieś "czyżby-niewygodne" kwestie? Szczegół, że można było je napisać jak widać już kilka dekad temu?

Po co o tym piszemy? Bo - wedle obowiązującej konwencji - uszanowano prywatność Sobańskiego. Ale według nas to wcale nie szacunek dla prywatności tylko pomieszanie własnego zażenowania i nieporadności z powodu czyjejś innej orientacji, które się skrywa za pozorami szacunku. Prywatnością jest kwestia czy Sobański wolał wyrywać chłopców na Krakowskim Przedmieściu w ówczesnej saunie "Pod Messalką", w berlińskich krzakach wokół dworca ZOO (już wtedy!) czy może bywał w "lokalach dla lesbijek i pederastów", których zamknięcie opisuje w swoich reportażach (już wtedy!). Prywatnością byłaby kwestia czy jego związek był udany albo co w nim nie grało, chociaż są to sprawy powszechnie w heteroseksualnych biografiach roztrząsane....

Trochę więc wstyd, że w 2006 roku w książce raczej dla "wyrobionego" czytelnika pomija się pseudodyskretnie cały aspekt życia twórcy. Trąci dulszczyzną i drobnomieszczaństwem. Czemu to trzeba zmienić? Żeby pokazać, że geje i lesbijki jak świat światem grali ważną rolę w życiu publicznnym czy kulturalnym....

2008/12/29

Imperium atakuje...

... i lasy deszczowe wciąż się kurczą....

Z pewną taką satysfakcją obserwujemy burzę wokół in-vitro. I zadajemy sobie pytanie ile ci masochistyczni katolicy jeszcze zniosą bez tupania nóżką. Albo jak selektywna potrafi być ludzka wiara, żeby chciało się trwać w takiej wspólnocie. Zwłaszcza, że chyba nigdy wcześniej nie przetoczyło się przez nią tylko zakazów w tak krótkim czasie.

Bo najpierw była aborcja. W mniemaniu zainteresowanych "zło konieczne" - czasem trzeba je cichutko sobie zafundować w imię wyższej konieczności. I potem powrócić do wiary, jak gdyby nigdy nic. Ba, można stać się potem jeszcze bardziej żarliwą katoliczką (znamy takie!). Może w imię odkupienia grzechu?

Cały czas przewija się sprawa antykoncepcji. I zrozumieć nie możemy, dlaczego przy tych wytycznych nie jesteśmy jeszcze Chinami albo jakimiś Indiami. Jak to napisali w weekend, "w imię odpowiedzialności za prawdę" musimy wam przypomnieć, że będziecie się smażyć w piekle za to bezowocne bzykanko.

Potem pojawił się homoseksualizm. No ale to nie była ważna kwestia. Wiadomo, miłość bliźniego jest jak sito i w społeczeństwach plemiennych miłuje się tylko tego, kto nie burzy odwiecznego ładu. Wszyscy więc przyjęli z zadowoleniem wytyczne rady starców co i jak myśleć. Ze spokojem sumienia można być pałajacym nienawiścią dobrym katolikiem. Sami zainteresowani też potrafią po udanej randce pobiec do spowiedzi. Na co im to umartwianie? Tfu, widać ciało Chrystusa lepsze niż niejeden oral... Można być wykluczonym gejem katolikiem i ciągnąć ten wóz...

Przyszła pora na in-vitro. O ile sprawa dotyczy mniejszości, to radzi bylibyśmy poobserwować, jak radzą sobie z dekretami sami zaintersowani. Reszta puści między uszami. Może się trochę oburzy przy rosole, ale im przejdzie. A ci? Jak tu być dalej katolikiem i starać się o grzech jawny? Jak tu potem żyć mając, hodując pod bokiem -jak to mówią biskupi- produkt konsumpcyjny, ucieleśnienie zła? Ciekawe co wymyślą, żeby być w zgodzie. Tylko z kim i po co?

Niechże się okaże, że dzięki komórkom macierzystym opracowane zostaną skuteczne terapie jakichś bolesnych i śmierelnych chorób. Oczywiście sama nauka wykorzystująca komórki macierzyste to już jest zło, ale - nie daj Boże - niech się uda, zapewne wnet zostanie ogłoszone, że rzeczą ludzką jest umierać. A jeszcze bardziej ludzką cierpieć. Wiadomo, cierpienie uszlachetnia, nadaje życiu sens. Warto dla niego żyć. Śmierć zaś jest nagrodą - bramą do życia wiecznego (ale zważywszy na wcześniejsze bzykanko z zabezpieczeniami różnie z tym może być...). No i co wybiorą katolicy wtedy? Odmówią sobie ludzkiego cierpienia, daru Boga i życia wiecznego czy -z powodu okoliczności, których nie dało się przewidzieć ze spokojem sumienia sięgną po biotechnologię?

Krótko mówiąc, jest dla nas niepojęte jak można tkwić w tym Kościele? Może nam ktoś to wyjaśni? Przecież jest tyle innych kościołów, które nie są tak obsesyjnie restrykcyjne i dużo bliższe istoty samej wiary i Boga...

2008/12/25

Pytania nurtujące ludzkość

We współpracy z Góglem odpowiadamy na najczęstsze zapytania internautów, które prowadzą do Bloga KiK:

1. czy gej może zajść w ciąże?
Tak, ale trudno mu donosić ciążę. Prawdopodobnie trudności wynikają z natury psychicznej: poczuci zagubienia i nieszczęścia rozwija w tych jednostkach symptomy nerwicowe utrudniające zagnieżdżenia się jajeczka w torebce stawu kolanowego.

2. czy gej może mieć dzieci?
Tak może. Zazwyczaj jest to pies lub koty. Zdarzają się także rodziny wielodzietne, które posiadają po kilka kotów lub psów a nawet i rybki.

3. czym jest rodzina?
Socjologowie obserwują pewne zmiany zachodzące w społeczeństwach wysokorozwiniętych. Rodziną coraz częściej tworzy singiel lub singielka i jego/ jej ulubione centrum handlowe oraz pilot do telewizora HD.

3. czym zastąpić cipkę?
Polecamy kilogram wątróbek drobiowych ciasno upakowanych w grubym woreczku foliowym.
W niektórych filmach dla nastolatków lansuje się również użycie rury od odkurzacza. Jest to jednak sposób dla małych chłopców, których penis jeszcze mieści się tam swobodnie. Przedstawiciele firmy Kościół Katolicki utrzymują jednak, że jest to niezgodne z naturą. Akcje tej firmy jednak tracą na łeb na szyję na rynkach europejskich i trzymają się nieźle tylko w Afryce, co podważa wiarygodność ich wypowiedzi.

4. co będzie jutro
Jutro będzie futro.

5. gej a homoseksualista
Gej zazwyczaj posiada najlepszą przyjaciółkę, nosi dopasowane spodnie i fikuśną torebkę. Odwiedza też zazwyczaj najmodniejszą w mieście knajpę oraz pracuj zawodowo w agencjach reklamowych przy promocji homoseksualizmu. Homoseksualista często natomiast posiada żonę i dzieci lub kontynuuje naukę w seminarium.

6. jak włożyć penisa do cipki
To trudne pytanie. Najlepiej zapytać taty. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że kiedyś mu się to udało. Jeżeli nie potrafi udzielić wiarygodnej odpowiedzi, prawdopodobnie właściwą osobą będzie sąsiad lub listonosz.

7. gumisie jakie przesłanie ma ta bajka
Pisaliśmy już o tym kiedyś.

8. sposoby lizania własnego penisa
Wszelkich sposobów należy zaniechać, ponieważ praktyki takie cechuje znaczne ryzyko zakażenia wirusem HIV. Formy ekstremalne mogą również przebić tchawicę.

9. homoseksualizm leczenie
W wyspecjalizowanych ośrodkach proponuje się terapię przytulaniem. W przeszłości stosowano leczenie łaskotaniem al zrezygnowano z tej metody ze względów humanitarnych. Niektórzy specjaliści proponują także terapie poznawczo - behawioralne. Polegają one na wpojeniu schematów zachowań męskich oraz praktyczną naukę takich zachowań. Zainteresowanym radzi się trening przed lustrem polegający na przykład prawidłowy sposób przedstawienia się, których pierwowzorem jest James Bond. Należy stanąć i powtarzać do skutku dajmy na to "Nazywam się Czesiek. Czesiek Kowalski" Podczas prób należy wyeliminować wszystek manieryczny zaśpiew i pederastyczne gięcie się. Po osiągnięciu pewnego pułapu można udać się na miasto z postanowieniem wyrwania jakiejś suczki.

10. jak zabić płód
Barbarzyńcy zwykli spuszczać zużyte prezerwatywy w toalecie. Na szczęście dzięki pewnemu wpływowemu lobby walczącego o godność niepoczętych i nienarodzonych płodów udało się znacząco zmniejszyć to zjawisko poprzez umieszczanie na opakowaniach informacji, iż zużyte prezerwatywy należy zawiązywać i wyrzucać do kosza na śmieci. W ten sposób płody mają zapewnione optymalne warunki, aby utrzymać się przy życiu maksymalnie długo. Procedura ta zwiększa szansę na ich adopcję przez ciekawskich zbieraczy odpadków wtórnych.

11. Kościół a homoseksualizm

Kościół stara się znacząco zmniejszyć praktyki homoseksualne w swoich szeregach. W tym celu zaprojektowano i uszyto między innymi dłuższe i węższe sutanny, które trudniej szybko i spontanicznie podciągnąć. Skrócono także zasłonki w konfesjonałach oraz zmieniono strategię rekrutacji w seminariach - odrzuca się kandydatów przystojnych.

12. zachowania geja
Gej opisany w odpowiedzi na 5. pytanie internautów zazwyczaj w wolnym czasie poluje na moralność publiczną, planuje zagład ludzkości i deprawuje rodziny oraz uwodzi dzieci. Trzeba przyznać, że dosyć dobrze się ukrywa.

15. budowa cipy
W odpowiedzi na to pytanie będzie pomocna podstawowa wiedza z geologii. Cipa jest jak pieczara: ciemna, wilgotna, wąska u wejścia. Więcej będzie można dowiedzieć się na lekcjach geografii. Erotomani z pewnością powinni rozważyć studia geologiczne.

16. diagnoza orientacji seksualnej
Specjaliści uważają, że najskuteczniejszą metodą jest wyjście na zakupy z pacjentem i obserwowanie jego zwyczajów zakupowych. Jeżeli omija on sklepy typu Castorama, OBI lub mniejsze ciesząc się zamiłowaniem majsterkowiczów, prawdopodobnie jest gejem. Jeżeli zamiast sklepów dla majsterkowiczów wybiera sklepy odzieżowe, możemy już być pewni diagnozy. Jeżeli zatrzymuje się na dłużej przy wystawie z obcisłymi wdziankami możemy być pewni. Test możemy potwierdzić, szepcząc, że w drugim końcu galerii jest promocja na akcesoria Dolce&Gabbana. Jeżeli zaobserwujemy drżenie u pacjenta lub niecierpliwe przeskakiwanie z nogi na nogę lub szaleńczy bieg w tamtym kierunku, mamy odczynienia z gejem (nie mylić z homoseksualistą).

17. dwóch facetów mieszka sobą
Prawdopodobnie są studentami. Jeżeli dobiegają czterdziestki zapewne są geekami, którym nie spieszno do obrony lub są bardzo zapracowani, co utrudnia formalne zakończeni edukacji i rozpoczęci dorosłego życia samodzielnie.

18. jak się pisze hiena
C-H-Y-J-Ę-N-A

19. dlaczego nie lubię żydów
Prawdopodobnie upuszczono cię z rąk podczas porodu. Doznałeś mikrouszkodzeń mózgu, których nie zauważono, bo wszystko wtedy wydawało się OK. Niestety tym samym straciłeś szansę na zrównoważony rozwój w szkole specjalnej, czego skutkiem są właśnie tego typu dylematy.

20. lizanie cipy i sraki
Uuuu, radzimy zmienić dziewczynę. A mówi się, że heteroseksualiści to tacy normalni ludzie.

21. wyleczyć się z homoseksualizmu terapia przez internet
To trudne zadanie. Może pomocne okaże się ustawienie jako strony startowej strony byłego premiera. Tego małego.

22. wyznania byłych homoseksualistów
Mówią zazwyczaj, że to cudownie być heteroseksualistą. Wiją się niemęsko wokół pięknych żon, które ze strachu przed prawdą nie odstępują ich ani na krok. Zwłaszcza w męskim towarzystwie. Częściej natomiast spotyka się wyznania byłych heteroseksualistów, którzy twierdzili, że jak się ożenią i napłodzą dzieci, to im przejdzie.

23. 100 zdjęć ptaków na plakacie (żeby szło kopiować)
To dosyć oryginalnie postawione pytanie wyszukiwawcze. Żadna maszyna nie dorówna intelektowi człowieka, dlatego "żeby szło kopiować" nie spotyka się ze zrozumieniem Gógla i nie daje wyników.

24. Jak nazywa się seks w cipę
Bez fantazji.

25. ala lizała cipkę renaty
"dopisz dalszy ciąg historii" to jakieś jedno z zadań maturalnych?

26. bez opłat szukam mezczyzne , ktory lubi cipki
...

27. blogi nieszczęśliwych z bycia gejem homoseksualistów
Bo albo się jest gejem albo homoseksualistą. Inaczej jest się nieszczęśliwym.

28. chce zobaczyc film jak starsi panowie ruchaja malolaty
Kup kamerkę i zaproś starszego pana...

29. chce wyjść za murzyna
Ta zupełnie niepatriotyczna postawa zasługuje na potępienie.

30. cipka ali
A co z kotem?

31. cipka krowy
...

32. city bank ruchanie na imprezie
Kryzys finansowy wyzwala bardzo kompulsywne zachowania....

33. co jest lepsze zdjęcia matowe czy błyszczące?
Na błyszczących bardziej widać syfy na czole....

34. co zrobić żeby zostać gejem
Musisz bardzo, bardzo dużo się uczyć. Najlepiej zacząć już od przedszkola - dobrego, prywatnego i starannie planować edukację. To bardzo intratny zawód i dostęp do niego jest znacząco utrudniony przez wpływowe lobby.

35.czego można zabronić dzieciom w szkole podaj dwa przykłady
Najbardziej popularne zakazy dotyczą samodzielnego myślenia i indywidualności.

36. czesta masturbacja a plemniki
Zwykło się twierdzić, iż masturbacja korzystnie na nie wpływa, gdyż te stare, które są już niezbyt ruchliwe i nieco stetryczałe są teleportowane na zewnątrz i zastępowane przez nowe. Ostatnie tendencje zmieniają nieco perspektywę, gdyż masturbacja oznacza miliony zabitych istnień ludzkich.

37. czy chlopak z rabki zostać modelem w gazecie brawo
Jest to możliwe, ale będziesz musiał iść najpierw do łóżka z fotografem, wizażystą, naczelnym a może i nawet portierem. Czy jesteś na to gotowy?

38. czy dawac facetow lizac cipke zdaniem psychologow
Zdania psychologów są podzielone. Najbezpieczniej będzie dawać lizać się za uszkiem.

39. czy heteroseksualiści nie żonaci stają się gejami lub biseksualistami
Tak, są to widoczne prawidłowości. Coraz niższa liczba zawieranych małżeństw odzwierciedla coraz większą liczbę gejów.

40.czy jak pies liże cipę można zajść w ciąży
Owocem tej miłości będzie najprawdopodobniej Reksio lub Pluto. Naprawdę miłe zwierzaczki o bardzo ludzkich cechach i zachowaniach.

41. czy kobiety w indjach gola pipke
Właściwsze byłoby zapytanie czy kobiety w indJach myją pipkę. Niestety byliśmy i widzieliśmy. Na skutek fatalnych warunków higienicznych oraz trudnością z dostepem do wody, duża część nie myje nie tylko pipki, ale nawet rąk.

42. czy mozna ubezpieczyc cipke
Można, o ile jest ona żródłem zarobkowania, podobnie jak dłonie pianisty lub chirurga. Należy jednak zwrócić uwagę na Ogólne Warunki Ubezpieczenia, ponieważ towarzystwa ubezpieczeń stosują szereg kruczków utrudniających wypłatę odszkodowania.

43. filmiki jak lesbijki mordują sexem ludzi
Szacuje się, iż w ten sposób w ostatnim roku śmierć poniosło około miliona mężczyzn. Sztuczka lesbijek polega na tym, iż dobrze wiedzą, że kiedy pokazują swoje lesbijskie szoł na szklanym ekranie, 95% facetów szaleje z zachwytu. Krew, która szybko napływa do ich niespotykanie pobudzonych penisów, szybko powoduje niedotlenienie mózgu i następnie jego śmierć. Jest to jeden z najperfidniejszych sposobów lobby homoseksualnego na eliminacje ludzkości. Zwalczanie producentów lesbijskich filmików stało się tak ważne, jak ochrona lasów tropikalnych.


Ciąg dalszy nastąpi...

2008/12/22

Rozmowy w tłoku

Autobus linii 127, godzina 17 z kawałkiem.

Bohaterowie:
ONA - koło trzydziestki, nieco zmęczona dniem pracy
ON - on dziwnie nakręcony jak na koniec dnia pracy; prawdopodobnie przyjechał do niej z innego miasta, opowiada gdzie był, z kim rozmawiał; gęba mu się nie zamyka.

Rozmowa:
ON: Ale co ci jest?
ONA: Oj, przestań gadać, zmęczona jestem, głowa mnie boli i źle się czuję
ON: [spontanicznie, głośno] Ale kochanie! Głowa cię boli? To weź zrób coś z tą głową, ogarnij się jakoś. Tak dawno się nie widzieliśmy i ja bym chciał sobie poruchać.
ONA: [ze wzrokiem bazyliszka nic nie mówi]

2008/12/21

Poprawność polityczna cz.2

Poprzedni post na temat poprawności politycznej dotyczył języka i tego, że czasem warto się zdobyć na wysiłek eufemizowania. W takiej Hiszpanii na przykład wybuchła ostatnio afera, bo szpital wydał broszurę informacyjną, gdzie napisał "że geje prowadzą rozwiązły tryb życia", co podwyższa ryzyko tego i śmego. Czy nie słuszniej byłoby napisać "że statystycznie geje mają więcej partnerów seksualnych, co podwyższa ryzyko tego i śmego"? Po co w oficjalnych dokumentach silić się na tanie i nieuprawnione moralizatorstwo? Bogate życie erotyczne nie dla wszystkich musi być złe. Punkt widzenia zależy od punktu leżenia (i pewnie od jakości własnego życia erotycznego). Niech żyje poprawność polityczna!

Tymczasem w innym wymiarze poprawność polityczna dała o sobie znać na własnym podwórku. Któregoś dnia wpadł do mnie szef. Obcokrajowiec. I trzyma w ręku kartkę bożonarodzeniową od klienta z jakimś Jezuskiem w żłobie. I mówi, że to niedomyślenia, żeby wysyłać takie kartki, przecież on nie musi być katolikiem. Przyszedł po wytłumaczenie, jak w tym kraju mają się rzeczy, bo on nie kapował i pewnie do tej pory nie kapuje. Sam wysłał również kartki świąteczne, ale była na nich bombka i choinka. Taka drobna, ale jednak znacząca różnica. Prawie Season's Greetings, ale jednak z motywem.

Opowiadam tę historyjkę różnym ludziom i zawsze słyszę jako wniosek, oczywistą oczywistość, że "skoro D. jest w Polsce, to musi się dostosować". Hmmm, mówię wtedy, że dostosowuje się. Jeździ prawą stroną, płaci podatki i ZUSy według polskiego prawa. Ale czy musi mieć osobisty stosunek do Jezuska i tolerować jego blask na swoim biurku? Co statystyczny Kowalski pomyślałby sobie, gdyby dostawał kartkę z okazji Ramadanu i Chanuki? Wyraziłby wprost swoje oburzenie na islamski terroryzm i żydowskie panoszenie. Ale do Jezuska to się należy dostosować...

To są te mechanizmy nacisku większości i nieliczenia się z mniejszościami. Wszyscy przecież obchodzą Boże Narodzenie, albo muszą zacząć skoro są w Polsce. No cóż, w momencie, kiedy 95% społeczeństwa jest katolikami, faktycznie nie trzeba się wysilać, że nie wszyscy mają poważanie dla Bożego Narodzenia. A te 5% choćby stanęło na rzęsach nie będzie warte uwagi, bo w porównaniu z 95% niewiele znaczy. Problem z głowy... Ale kiedy już 30% nie interesuje się Bożym Narodzeniem nie jest już tak łatwo odpowiedzieć, że niech się dostosowują... Wtedy trzeba sięgnąć po poprawność polityczną i "season's greetings" w stosunku do obcych ludzi. Czy coś w tym złego czy może zwykły szacunek?

Berek, czyli co by było, gdyby nie potwór w moherze

Wybraliśmy się do Teatru Kwadrat na "Berka". Na miejscu spotkaliśmy wielu czytelników Gali... :-) Albo - jakby napisała Sylwia Chutnik - panie ubrane w tapirowe hełmy. I panów ustrojonych jak stróże w Boże Ciało...

Eh, gdyby nie Ewa Kasprzyk i jej fenomenalna gra moherowej babci, dzięki której można było tarzać się ze śmiechu, szybko wybieglibyśmy z krzykiem. A tak tylko żałowaliśmy, że nie skończyło się na pierwszej części. Chyba świat się kończy, skoro literaturę klozetową zaczęto wystawiać na scenie (nawet jeśli nie jest to Narodowy) :-)

Ale, ale... Dostrzegamy walor edukacyjny tej adaptacji (ale nie samej książki!). Wprawdzie na poziomie 4 klasy podstawówki, ale zawsze. Stąd też pomysł, żeby Kuratorium Oświaty objęło dofinansowaniem szkolne wyjścia do teatru. Z lekcji tolerancji z pewnością skorzystają też panie w tapirowych hełmach...

Zam zaś Szczygielski jednoznacznie kojarzy nam się z pewną pisarką z "Małej Brytanii"...


2008/12/14

Wigilia cz. 2 (firmowa)

Ile już mieliście wigilii w tym roku? Żadnej? Nie martwcie się! Nadchodzący tydzień będzie bogaty. Dzieci w przedszkolu to jedna. Starsze w szkole? To może będą już jedna-dwie, a może nawet trzy kolejne. Jakaś organizacja lub stowarzyszenie? Nie, nie nie podejrzewamy o taką aktywność. Ale jeśli działacie, to pewnie też się zdarzy. Uczelnia? Na pewno spotkanie opłatkowe się zdarzy. Może nawet kilka. Z rektorem, wydziałowe, w samorządzie, zakładzie a nawet i w dziekanacie bonusowe. Liczba zaliczonych wigilii jest miarą waszej atrakcyjności interpersonalnej.

Ale jeśli nie zanosi na więcej niż dwie, nie martwcie się. Na pewno dla kogoś jesteście chociaż atrakcyjnym klientem i dostaniecie zaproszenie komercyjne. Może z ulubionej myjni samochodowej?

Na pewno zaś nie ominie was Wigilia firmowa. Będziecie się więc mogli połamać opłatkiem ze znienawidzoną koleżanką, życzyć wszystkiego najlepszego największej szui w regionie EMEA i usłyszeć "do siego roku" od szefa, który od 5 lat nie dał wam podwyżki. Wszyscy będą mieli uśmiech na ustach i będzie miło. NAPRAWDĘ. A potem będzie materiału na ploty, pomówienia i insynuacje aż do śniadanka wielkanocnego.

Wigilie służbowe to przykre doświadczenie. Prawie zawsze wskazują na to, że management myśli, że jak zorganizuje taki event, to wszyscy w firmie będa się lubić, nie będzie konfliktów i nic wielce złego między ludźmi nie będzie miało miejsca (podobnie jak w przypadku wszystkich chorych, organizowanych na siłę wyjazdów integracyjnych). A pracownicy będą czuć się docenieni. A tu kuku. Wszyscy zainkasują bony czy inne duperele i nic się nie zmienia... Wcale nas to nie dziwi, żadnego naukowego uzasadnienia w tych eventach nie można znaleźć. Kto się nie lubił, ten przez kolejną godzinę spędzoną razem prawdopodobnie znielubi się bardziej, a kto czuł się niedoceniony, ten upominek z automatu (obojętnie czy za 50 czy 500) potraktuje jako zapłatę za przeżyte frustracje bez ich zmniejszenia. A przecież... budżety można podsumować, a plany na przyszły rok przedstawić bez świątecznej okazji. Baaa, może to być nawet sympatyczne przedsięwzięcie przy open-barze, ale bez opłatkowo-wigilijnej fałszywości i zadęcia tradycją, która należy do rodziny i przyjaciół...

Wigilia

Odbyłem dziś dyskusję w gronie prawie-już-dyplomowanych psychologów. Temat brzmiał: Czy w szkole należy organizować Wigilię dla uczniów. Wystrzeliłem jak z procy "Nie, przecież szkoła to instytucja świecka". I ku mojemu zdziwieniu, powiedziałem to jakby po chińsku... Wnet pojąłem, że "instytucja świecka" była czymś dla uczestników niezrozumiałym (i nie istniejącym). Dyskusja właściwie od razu objęła aspekty organizacyjne jak ją najlepiej przygotować. Czy każdy powinien coś przynieść? Czy wysupłać coś z budżetu? A kiedy ją zorganizować? Siedziałem nieco jak w transie chłonąc te dywagacje dla mnie nie z tej ziemi. Jeszcze inna osoba wydała głos bezradności: "ale w mojej klasie jest 4 uczniów nie chodzących na religię i co ja mam z nimi zrobić, jeśli w szkole ma być Wigilia". Na co odezwała się inna, że należy ich zwolnić z lekcji. Ja na to znów chińszczyzną, że po to są lekcje, żeby się odbywały, a jeżeli jest na Wigilię popyt, to niech zainteresowani przyjdą/zostaną na nią po zajęciach, bo to niezdrowe, żeby dzieciom dawać do zrozumienia, że mają sobie iść, skoro nie chodzą na religię. Tamta przy poparciu większości na to, że to wolny wybór, ja na to, że to wykluczanie. I tak sobie pieprzyliśmy, o czymś, o czym w ogóle nie powinno się pieprzyć. Rozumiem w szkole zabawę choinkową, która jest eventem właściwie pozbawionym konotacji religijnych. Taka potańcówka przy Fasolkach czy innych Britnej Spirs, ale, żeby Wigilia w szkole????

Pal licho już tę świecką instytucję z krzyżami nad tablicami. Może za PRLu taka była, potem już nigdy nie. Przykre jest, że ci prawie-psychologowie, wpadli na takie odesłanie kogoś do domu, "bo my tu teraz takie święto będziemy obchodzić" i nie zauważyli, że może działać jak brzytwa. Może nigdy sami nie doświadczyli wykluczenia. No ale przecież, żeby pomagać ludziom (psychologowie), nie trzeba przejść na własnej skórze wszystkich nieszczęść, żeby się na nich znać...

Przypomniały mi się wtedy dwie dziewczynki świadkowe Jehowy, z którymi chodziłem do podstawówki. W czwartej klasie nawiedzona historyczka ( i jak twierdzi mój ojciec histeryczka, obecnie wiceprezydent ds. oświaty miasta B. z ramienia PiS) zażyczyła sobie, żeby jej lekcje zaczynać i kończyć pacierzem. W ramach tolerancji dla innych wyznań, rzygaśnie uprzejmym głosem prosiła za każdym razem, żeby Zosia i X (nie pamiętam już jak się nazywała) zaczekały przed klasą. I dziewczynki karnie robiły szur-szur za drzwi... Ciekawe co wtedy czuły. Nie bardzo wiedziałem wtedy czemu tak się dzieje, ale sam się z tym nie dobrze czułem. Wtedy karnie stałem klepiąc "Ojcze nasz", ale dziś bym babę kredą na tablicy ukrzyżował i bok cyrklem przebił. Takie grzechów odkupienie.

2008/12/03

Poprawność polityczna

Przeczytałem wywiad z Markiem Horodniczym w Dzienniku o poprawności politycznej. I stwierdzam, że może za głupi jestem - widać dwa fakultety to za mało, żeby zrozumieć prostą definicję i ogląd intelektualisty:

"*A czym jest polityczna poprawność w pana ocenie? *

Polityczna poprawność jest domeną środowisk lewicowych i liberalnych. Stała
się ona instrumentem nowego języka, podobnie jak tzw. mowa nienawiści czy
"życzliwe dialogowanie" o wszystkim bez względu na prawdę obiektywną bądź
znaczenie tego, o czym dyskutujemy. Wpisuje się w długą tradycję uprawiania
sporów politycznych i ma swoje źródło w schopenhauerowskiej erystyce. W tym
sensie nie jest więc niczym nowym. Jest jednak zawsze jakimś fałszem w
debacie publicznej. Moim zdaniem uprawianie jej jest oczywistą patologią. W
dziedzictwie postoświeceniowym podmiotem wychowania nie jest już rodzina,
ale instytucje publiczne. Społeczeństwa wychowuje się poprzez aplikowanie im
zbioru selektywnie dobranych poglądów. Zaangażowane instytucje wychowują nas
z zewnątrz, redukując pewne obszary naszej wolności do schematów, według
których mamy myśleć. Owe schematy stały się dla ludzi lewicy rodzajem
dogmatów i zostały skodyfikowane w ideologiach lansowanych przez różnego
rodzaju organizacje takie jak np. stowarzyszenie Kampania Przeciw Homofobii."

Pytam więc K. czy może mi wyjaśnić, co autor miał na myśli, ale też poległ. Viel bla bla und nichts davon. Bo my prości po prostu myśleliśmy, że poprawność polityczna to zwyczajne nieużywanie w publicznym dyskursie (trudne słowo) języka wykluczającego i obrażającego. Nie należy więc mówić, że czarnuchy to debile. Ba, nie powinno się nawet mówić, że osoby czarnoskóre są mniej intelektualnie obdarzone, bo to niekoniecznie prawda, a język jest po prostu nośnikiem uprzedzeń.

Problem dla autora jest jednak taki, że poprawność polityczna niesie fałsz. Oczywistą oczywistością jest oczywiście, że celem tego zabiegu [poprawnego politycznie bełkotania] ma być nieuprawnione dawanie forów czarnuchom, wieprzowinkom, zbokom i innym Żydom, na co nie powinno być przyzwolenia. Przecież wiadomo, że prawda jest inna i czegóż by tego nie mówić głośno! Dowiodły badania na czarnych, że przeciętnie mają gorsze wyniki w nauce! Głupi są, może na trąbce jezzik dobrze dmią i tyle. Poprawność polityczna niesie fałsz, a prawda jest jedna, i obiektywna, jak twierdzi autor.

Ale mamy jeszcze kilka kwiatków:

"*Czy można mówić o "cywilizacji białego człowieka"? Czy jest to politycznie poprawne?

Jeśli pyta pan o słynną ostatnio "mowę nienawiści", to z politycznego punktu
widzenia poseł Artur Górski zachował się z pewnością niedyplomatyczne i
głupio. I jego sejmowa publicystyka spotkała się z oczywistą konsekwencją.
Jednak mimo oburzenia lewicowych ideologów czy propagandystów określenie
"cywilizacja białego człowieka" było w naukach społecznych przez wiele lat
powszechnie stosowane. Teraz na pewno się od niego odchodzi, ale jeśli użył
go poseł Górski, to miało to swoje uzasadnienie. Ja osobiście jestem na
przykład wielkim admiratorem kultury czarnoskórych muzyków z Detroit - UR,
Juana Atkinsa czy Carla Craiga. Albo niezwykle inteligentnych filmów Spike'a
Lee. Zbudowali oni nie tyle subkulturę, co prężną kulturę, która intryguje (...)"
Jakże bogaty jest świat wewnętrzny Horodniczego. My na ten przykład jesteśmy fanami subkultury meneli z pobliskiego zagajnika. Dzień w dzień, rano mróz czy słońce dzielnie stoją i popijają. Ich pochodzenie w tym miejscu jest intygujące, dysputy fascynujące a hart ducha i poczucie naturalnego rytmu pokrzepiające. W naukach społecznych zaś wielcy klasycy na przykład stawiali tezy o wpływie klimatu i rodzajów gleby na ustrój polityczny. Ach ten postęp, co za upodlenie przynosi konserwatystom i niepotrzebne (niuzasadnione?) skomplikowanie. Nie ma więcej prostych odpowiedzi. My jednak widzimy związek katolicyzmu i konserwatyzmu z występowaniem pól buraczanych i uprawami ziemniaka i póki co jest to niezmienne i ma swoje uzasadnienie.

Suma sumarum sianiu poprawnego politycznie bełkotania oczywiście przoduje lewica:

*Sergiusz Kowalski, z którym wywiad opublikowaliśmy wczoraj, uważa, że i tak
reakcja społeczna na wypowiedź Górskiego nie była wystarczająca. *
Trudno mi sobie wyobrazić jeszcze twardszą reakcję. W pewien sposób
problemem nie jest wypowiedź posła Górskiego, ale reakcja mediów, z jaką
mieliśmy do czynienia. Ten lincz medialny był precyzyjnym zastosowaniem
dokładnych wytycznych, które środowiska lewicowe musiały wprowadzić w życie,
aby uzyskać zamierzony efekt w wymiarze politycznym. Niestety nie skończyło
się tylko na polityce. Ludzie dzisiaj patrzą na Górskiego nie tylko jak na
oszołoma politycznego, ale również jak na człowieka niegodnego podania ręki.
Naprawdę godna pożałowania jest ta postawa lewicy wobec tak prawdziwie obiektywnego wyznania Górskiego. Żeby czarnuch nie mógł być nazwany czarnuchem! Świat schodzi na psy....

Ps. Ten post wpisuje się w szopenhauerowską erystykę toczenia sporów, która zaleca w niektórych przypadkach ośmieszenie przeciwnika. "W tym sesnie nie jest niczym nowym".

2008/11/30

Polskie obozy koncentracyjne

Co się w tym kraju pozwala wygadywać i wykrzykiwać przechodzi ludzkie pojęcie... "Do pieca, do pieca" i "Zawsze nad wami, p....i Żydami" - krzyczeli kibole Wisły Kraków kilka dni temu w trakcie derbów w stronę przeciwnej drużyny. A ich piłkarze bili na to brawo... Wydarzenie nie spotkało się z żadną reakcją i sankcjami ze strony władz piłkarskich, ani nawet klubowych. Widać taki to był niewinny żarcik i sportowe emocje, przecież wiadomo, że nikt rozsądny dosłownie tego nie traktuje...

Cóż, przejmując ten kibolski sposób wyrażania myśli, stwierdzamy, że kibole to pewien specyficzny typ podczłowieka, który powinien iść do pieca i ulotnić się przez komin w następnej kolejności. A właściwie w pierwszej...

Słyszeliśmy też (niebezpośrednio), że powiązany niestety z nami rodzinnie "wujek" A., jedyne o co ma pretensje do Hitlera to, to że ten nie zdołał spalić wszystkich Żydów... Widać nie wszyscy wiedzą, że Słowianie (a zwłaszcza Polacy) również nie kwalifikowali się do rasy Panów i ich populacja również miała być w Nowej Europie ograniczona...

No więc mając w głowie te wszystkie "żydowstwa" i ich tępienie przypuszczamy, że w alternatywnej rzeczywistości niemieckie obozy mogłyby być równie dobrze - a nawet lepiej - "polskie". Na szczęście podludzie mają to do siebie, że kiepsko się organizują, a zdolnościami i myślą techniczną też nie grzeszą...

2008/11/20

Czy z Janem Pospieszalskim warto rozmawiać?

Oczywiście nie. To buc, co tu dużo mówić... Długo się zastanawialiśmy czy na jego wynurzenia zareagować, ale są tak karygodne, że należałoby mu spuścić bęcki:

"Publikacja IKEA mi ubliża, nie jako katolikowi, ale jako ojcu i
obywatelowi, jako normalnemu mężczyźnie, który jest zbudowany
anatomicznie normalnie, i wie, do czego służy odbytnica i członek
męski – mówi Wirtualnej Polsce Pospieszalski. - To inwazja szwedzkich
norm obyczajowych wraz z produktem. Produkty IKEA akceptuję, bardzo
lubię pastę rybną ABBA, ale nie chcę, by mi przy okazji sprzedaży
towarów sączono podskórnie ideologię, która przewiduje specjalne
przywileje dla gejów. W myśl, której mają oni zakładać stało rodzinne,
udające czy przedrzeźniające prawdziwe małżeństwo. Nie godzę się na to"
podkreśla w rozmowie z WP dziennikarz.

Może ogłosić konkurs na sprawdzenie empiryczne, jak zbudowana jest odbytnica Pospieszalskiego i czym różni się od naszych. Albo jaki jest jego członek i czy można go dostrzec gołym okiem?

Wynikają z tego trzy ciekawe aspekty, o których "warto porozmawiać z Janem":
1. Jeśli heteroseksualny facet wie, jak zbudowany jest jego chuj i dupa, to czemu nie wie, jak funkcjonuje kora mózgowa i czemu homo sapiens ma ten przywilej uprawiania seksu (a nie aktu zapłodnienia)
2.
Jeżeli heteroseksualni faceci nie wkładają członka do odbytnicy, to dlaczego 100% heteroseksualnych filmów z kategorii X ma scenariusz "członek w odbytnicy" (i sperma w gębie, dodamy na marginesie)
3. Skąd heteroseksualny mężczyzna ma tyle zainteresowania jakimś obrazkiem Zdziśka i Mietka w katalogu sklepu meblowego i jak lichy jest jego ład świata i podstawy rodziny, żeby legły w gruzach albo były solidnie zagrożone taką publikacją.

O ile wyobrażamy sobie, że kwestia pierwsza wynika z ignorancji, to dwie kolejne po prostu nadają się do interpretacji z perspektywy psychoanalitycznej, do czego Jana Pospieszalskiego zachęcamy.


I jeszcze drobny upominek dla katolickich dzieci Jana Pospieszalskiego (oraz Tomasza Terlikowskiego):
http://picasaweb.google.pl/Adam.Willma/NowyPrzyjacielTaty#

2008/09/27

Na widok Murzyna chce mi się krzyczeć...

...bo to czarnuchy, wsioki, a HIVy przede wszystkim!!

Nasz ulubiony dziennik, "Rzeczpospolita" drugi tydzień z rzędu ( a może i może już dłużej, ale nie zauważaliśmy) zajmuje się Simonem Molem. W tamtym tygodniu opublikowała wywiad z jedną z jego ofiar. I tak z wywiadu wynikało, że dziewczyna ma sobie mało do zarzucenia. Generalnie uległa jego niesamowitej mocy pewnej nocy. I kolejnych. Ale młoda była i w sumie jej wolno było popełnić błąd. Ma za to pretensje do władz, urzędów i rożnych organizacji, że tak łatwo dały się omamić mocy Murzynka i wpuściły go do Polski, a nawet go finansowały... One są w końcu starsze od niej i takich błędów popełniać nie powinny... Autorka w wywiadzie dzielnie spisuje te wyznania i nawet nie próbuje zadać przewrotnego pytania o "bezmyślność" swojej rozmówczyni...

Dzisiejszy tekst po raz sto ósmy przypominający historię sprawy, wymownie kończy się fragmentem "Kobiety zakażone przez M. mają żal do władz. Zbyt łatwo uznano go za uchodźcę. Ludzie kpią z nas, że byłyśmy łatwowierne, ale co powiedzieć o polskich urzędach?– mówi jedna z zakażonych przez M. – Teraz, gdy dziewczyny, z którymi sypiał Simon, idą przez centrum Warszawy i widzą, jak wielu jest Murzynów, trzęsą się. A na widok Murzyna z dziewczyną mają ochotę krzyczeć."

Ach, jakie to obiektywne dziennikarstwo! Zero osobistych wtrętów. Spisująca (Maja Narbutt) jest jak lustro. Czysto i wyraziście odbija rzygi rozmówców. Niestety prawdopodobnie są również jej i gazety, więc polemika nie jest konieczna. Deportować Murzynów, będzie najbezpieczniej. Nie będzie złodziejstwa i brudu. A przede wszystkim HIVa. Niczego nie będzie, jak mawiał pewien kandydat na prezydenta Białegostoku. Biała cywilizacja będzie.

Kiedy sprawa wyniknęła przez internet i jego fora przewaliły się niewybredne komentarze o rasistowskim zabarwieniu, że te zarażone mają to, na co zasłużyły, "bo kurwom zachciało się egzotycznego seksu z czarnuchem zamiast z polskimi gentelmenami" i "że pewnie poleciały na wielkiego afrykańskiego fiuta", co uwydatniło wielką nieporadność i wszelkie kompleksy autorów. No najwyraźniej żaden polski [biały] "gentelmen" nie miał takiego bajera, żeby miłośniczkę teatru i poezji zaciągnąć łatwo do wyra...

My osobiście dalecy jesteśmy od nazywania zarażonych dziewczyn "kurwami, kóre mają za swoje". Ale powiedzmy sobie szczerze: są ofiarami własnej bezmyślności i/lub niewiedzy! Są ofiarami własnej głupoty. Być może matki zamiast nauczyć je nakładać kondoma, chętniej posyłały je do spowiedzi i na katechezę. I jest tego efekt... Karygodne jest w tej sprawie to, że bezkrytycznie w tych artykułach pozwala się zwalać winę na urzędy i strony trzecie, że te nie zrobiły należytej selekcji i wpuściłu do Bolandy zarażonego czarnucha...

Być może zdarzyły się w procedurze legalizacji jego pobytu czy finansowania jego działalności błędy i niedopatrzenia. Procedurę można usprawnić, zaniedbania służbowe ukarać. Nie o tym wymiarze jednak się pisze w sprawie. O nosicielstwo nikt nie ma prawa pytać! Czasy kolonii i izolacji chorych mamy za sobą. Ostatni byli trędowaci. Po to każdy ma łeb na karku, żeby za siebie decydował i chadzał do łóżka na swoją odpowiedzialność. Można mu natomiast w szkole zorganizować edukację seksualną, żeby ryzyko swoich ekscesów mógł właściwie ocenić. I nie mieć pretensji do władz, że wpuściły zarazonego Kameruńczyka do świętej Polski. Bo w tym wypadku był to Murzyn, w innym mógłby to być biały Europejczyk.


2008/08/29

Krakusom gratulujemy

Krakusom gratulujemy DZIEWIĄTEJ atrakcji turystycznej (z tej samej serii).


Cóż to za niebanalne miasto :-)

2008/08/15

Hucpa z lesbijkami

Niedawno dwie lesbijki wzięły w Polsce ślub. Oczywiście było to wydarzenie symboliczne, nie mające mocy prawnej, jednak miłe, mające zapewne dużą wartość dla samych zainteresowanych. Wydarzenie przewinęło się przez wszystkie gazety i portale, co nadało sprawie niezłą rangę medialną. Relacje nie były nawet najgorsze, co cieszy. Honorem natomiast ujęła się Rzeczpospolita i milczała jak zaklęta. W sumie lepiej, że siedzieli cicho, niżby mieli puścić drukiem jakiegoś bełta w tym temacie - pomyśleliśmy. Dyscyplinę redakcyjną złamał jednak dyżurny katolicki intelektualista, Tomasz Terlikowski. "Hucpa z lesbijkami w roli głównej" - pisze i dodaje, że nie miał zamiaru o tym pisać. Ale nie wytrzymał i popuścił, przyrównując sprawę do ślubu żółwia i chomika w sklepie zoologicznym. Nie wiemy, jaki zwyrodniały trzeba mieć tupet [umalowany miłością bliźniego], żeby sprowadzić czyjeś szczęście do takiego wymiaru (na serwisie ekumenizm.pl). To wielkiego kalibru skurwysyństwo, żeby nazwać sprawę wprost. Krzyż mu w oko.

Prywatnie nigdy by nam nie przyszło do głowy udać się do jakiegokolwiek kościoła, aby sformalizować nasz związek. Nawet jeśli ironia losu sprawiłaby, że tylko takie byłyby uznawane i rozpoznawane. Cóż nie potrzebujemy ślubu duchowego, tylko kontraktu prawnego. Duchowy załatwiliśmy sami, co widać na załączonym obrazku. Rozumiemy natomiast autentyczną potrzebę wiary, stąd nie dziwi nas, że bohaterki mimo tylu przeciwności zdecydowały się znaleźć kościół taki czy śmaki, który zadośćuczyni ich potrzebie duchowej. I to nie jest hucpa. Hucpą są dziesiątki i setki tradycyjnych, polskich, katolickich ślubów udzielanych cotygodniowo. Bo sami zainteresowani mają głęboko w dupie przez całe lata Kościół i jego nauczanie. Czasem co najwyżej przyjmą po kolędzie księdza (bo nie wypada nie), aż tu nagle w rozkładzie tygodniowym pojawiają się nauki przedmałżeńskie, załatwianie kościoła, spowiedź i wszystkie te duperele, bo tak trzeba, bo mama i tata chcą, bo co rodzina powie, bo przecież wszyscy tak robią. To dopiero jest hucpa przez duże H, ten najświętszy sakrament. Z tej okazji pozdrowienia dla M. i R., którzy oświadczyli, że rodzice nie muszą przyjeżdżać na ślub, jeśli uroczystość tylko w urzędzie stanu cywilnego im nie odpowiada.

2008/08/01

Na kremówki

Doszły nas słuchy, że Kraków zamierza się reklamować wśród gejów i lesbijek. Cóż za nietrafiony pomysł - stwierdzamy wzorem (p)osła PO i krzywimy się wzorem PiS. Bo co można by robić w mateczniku Rokity i Ziobry (bo to chyba też Krakus, a jeśli tam nie zrodzony, to przynajmniej ukształcony), zwiedziwszy już Wawel, rynek a nawet Nową Hutę? Szukać tych ze trzech tajnie rozmieszczonych knajp gejowskich? Czuć zniesmaczenie Pani na hotelowej recepcji widzącą parę jednopłciową? Nie ma nawet warunków, by zachowywać się nieobyczajnie! No chyba że na Plantach.

Aczkolwiek gdyby rajcy miejscy wytrwali przy pomyśle, to podrzucamy pomysł na reklamę: różowe kremówki pożyczone z pobliskich Wadowic. Takie tylko dla gejów limited edition. Będą hitem i rozsławią miasto, a przez liczne oświadczenia i mnogie oburzenie kampania sama będzie się kręcić...

Tymczasem skoro nawiązujemy do Kontrowersyjnego Polaka, to już opuściliśmy jego ulicę i powróciliśmy do siebie. Zrobiliśmy na pamiątkę zdjęcie tabliczce na jednym budynków na owej ulicy....
"Jego pontyfikat charakteryzowało zainteresowanie osobą ludzką(...) oraz liczne pielgrzymki."
No nie bójmy się tego powiedzieć, gadżet jest równie kiczowaty, jak i sam jego kult.... "Lubił kremówki" należało dopisać.

Ciasteczkowy potwór.

2008/07/23

Liber chamorum i kryształy

Nekanda Trepka, Walerian, napisał kiedyś książkę Liber Chamorum (Księga Chamów). Był to spis osób wątpliwego szlachectwa zamieszkujących ziemie sandomierskie. Kategoria szlachectwa się wyczerpała, ale można by napisać sequel, tym razem o wątpliwych atutach intelektualnych i moralnych elit, co urzędują na Wiejskiej i alejach okolicznych. Tyle nasuwa się wniosków po ostatnich politycznych pyskówkach. Z drugiej strony trzeba przyznać, że kiedy przedstawiciele ludu - panie chamki i panowie chamy ze sobą wchodzą w interakcję, od razu robi sie ciekawiej. Człowiek ma przynajmniej co w gazecie przeczytać i popatrzeć jak się ćwoki w błocie napieprzają... Popatrzeć i tyle. Nic więcej z tym robić nie warto (a na pewno nie analizować). Chamy na więcej uwagi nie zasługują.

Tymczasem a propos poprzedniej notki: kredyt dostanięty. zasobni w gotówkę wybraliśmy się ratować konsumpcją hamujący wzrost gospodarczy. Znaleźliśmy perełki do wystroju wnętrz, co załączamy:
- ekskluzywny, designerski zestaw do szampana o kolorze własnym i kieliszków z dupy wziętych (kryształ sugeruje, że zapewne importowany z ojczyzny Rumcajsa)

- jajo dinozaura, mega solniczka albo coś (w każdym bądź razie niepospolite)
- domowa fontanienka - w sam raz na letnie upały i zimową suchość z powodu centralnego ogrzewania. Dodatkowo przyjemnie szumi po dniu ciężkiej pracy (pyskówek chamów), a i kot spragniony sie napije, nie kłopocząc właściciela.


Na wszystko nie starczy, trzeba nam się dobrze zastanowić... ;-)

2008/07/21

AAA gotówka od ręki

Przy okazji kończącego się remontu zmuszeni byliśmy pożyczyć jeszcze trochę gotówki na jakieś święte obrazki w złotych ramkach albo kryształy, które będziemy dumnie prezentować na meblościance. Jako że jesteśmy fanami internetu i nawet żarcie kupujemy w sieci, kontakty z kilkoma bankami z marmuru i aluminium były doświadczeniem arcyinteresującym (arcyfrustrującym)...

Wybraliśmy w necie kilka ofert, które nie zalatywały lichwą. Pierwszy był GE Money, który przysłał specjalne pismo o jeszcze bardziej specjalnej ofercie i prawie twierdził, że jesteśmy najulubieńszymi klientami z racji długiej znajomości. Wystarczyło tylko wziąć przysłany świstek do ręki i iść do najbliższego oddziału.

Uśmiechnięta i sympatyczna Pani wypełniła wniosek, ale "computer says no...". Było zaskakujące równie dla nas, co dla tej Pani, która się jednak nie poddała. Wypełniła rubryczki raz jeszcze i mówi: "System wskazuje, że może Pan w naszym banku wziąć kredyt na x tysięcy" No to ja odpowiadam, że przed chwilą próbowałem na jedną czwartą tej kwoty. I jakoś nie wyszło. Zmieszana pani próbuje i widzi nie. Dzwonię do centrali i proszę o wytłumaczenie, ale pani w telefonie jąka się z bezradności i nic nie umie odpowiedzieć o zaistniałej sytuacji. Pani za biurkiem dzwoni do kierownika, ale też z tego nic nie wynika. "Widać mamy jakiś błąd w systemie" - mówi nieco zakłopotana. My na to, że trudno i idziemy do konkurencji...

Millenium. Mówię, że chcę kredyt na tyle i na tyle. Pani zapytuje, czy mam już w ich banku konto. Ja mówię, że nie. Pani na to, że otworzymy konto. Ja na to, że chcę w ich banku kredyt, a nie konto. Pani na to, że to niemożliwe i "żeby wziąć kredyt trzeba założyć konto". I tak sobie gaworzymy. Mówię, że nie widziałem takiej informacji w regulaminie i czy jest pewna.... Pani potwierdza, ale już mniej pewnie. Myślę sobie, że, nie dam sie naciągać na zakładanie konta, bo ona musi wyrobić plany sprzedaży. Idę do konkurencji.

Idziemy do Eurobanku. Stajemy obaj przy ladzie i mówimy, że chcemy kredyt dokładnie na tyle i tyle i interesuje nas ile w ich banku wynosi miesięczna rata. Pan zaaferowany wypytuje o szereg informacji w tym nazwisko panieńskie mamy i prawie imię kochanki taty. Grzecznie podaję, ale zagadując, czy aby na pewno takie informacje potrzebne są do prostej symulacji. Pan tonem nie znoszącym upominania potwierdza, po czym triumfalnie oznajmia, że mam zdolność kredytową na poziomie xx. Ja mu na to, że to wiedziałem zanim przeszedłem, a pytałem, jaka jest wysokość raty przy kredycie dużo mniejszym. Pan się nieco po cichu zirytował i zaczął liczyć. Oznajmia 467 zł ubezpieczeniem. Rata to niczym w Providencie, więc mówię, że nie chcę żadnego ubezpieczenia i ile wynosi rata bez ubezpieczenia. Liczy, liczy i mówi 363. Ja na to, że to aż stówa miesięcznie za nic, więc biorę bez ubezpieczenia. Pan na to, że w takim razie muszę mieć żyranta. Ja odpowiadam, że stoi obok mnie i czy możemy zaczynać procedurę. Pan na to, że to się wydłuży, bo muszę mieć żyranta, żeby przenieść prawa z polisy na życie. Ja na to, że nie bardzo rozumiem, czy mam mieć żyranta czy mam zrobić cesję z polisy na życie. I jak to w końcu jest. Pan udając, że wszystko w porządku, deklaruje, że wyjaśni procedurę, bo to się rzadko zdarza, żeby ktoś bez ubezpieczenia. Idziemy do konkurencji.

ING. Wszystko idzie sprawnie i gładko. Konta nie trzeba i ubezpieczenia nie trzeba. Bierzemy. A przynajmniej tak nam się zdawało, bo pani na to, że niestety w tym oddziale niestety nie możemy. Trzeba iść do oddziału kasowego, bo w tym można wnioskować na maksymalnie 36 miesięcy. Kicha. Idziemy do konkurencji.

Pod ręką, tuż obok, jest kolejny oddział Millenium, bo ich ostatnio więcej niż przejść dla pieszych... Wchodzimy, bo może tu inni doradcy i zaczynamy od nowa, co już jest nieco nudne, ale kasy na kryształy wciąż nie ma... Najpierw twierdzą, że konto w ich banku jest niezbędne, żeby wziąć kredyt, ale po przeformułowaniu pytania okazało się, że wcale nie jest. Krok do przodu, kto by pomyślał, że nawet na regulaminy nie trzeba sie powoływać... Ale pojawia się ubezpieczenie. Pan twierdzi, że jest niezbędne i pokazuje monitor, że nawet nie ma opcji, żeby było bez... No to niech już będzie z ubezpieczeniem myślimy. Ile banków można odwiedzać... Liczymy, liczymy, już wiemy ile ratka. Potem sie okazuje jednak, że ma być o 100 miesięcznie większa niż w symulacji. Pan robi wielkie oczy i nawet jest zawstydzony. My też. Za nich. Obiecuje wyjaśnić sprawę do wtorku, a my idziemy do konkurencji.

Pekao S.A. Wchodzę po drodze do pracy. Jest za pięć (!) dziewiąta. Pytam znudzonej Pani, która patrzy w okno czy mogę. A ona na to z pretensją, że ona pracuje dopiero od dziewiątej. To biuro maklerskie od 8:30. Ona nie. Pomyślałem, że tu muszę zostać, bo warto zobaczyć co będzie dalej... Siadam przy oknie i czekam cztery minuty ku jej irytacji. O godzinie P zagaduję czy już można. Na co Pani łaską, "a w jakiej sprawie?" No to, ja że interesuje mnie pożyczka. Pani wściekła, że "ona nie jest sprzedawcą". Na co ja z satysfakcją, że "to widać i słychać." Pani wytrącona z równowagi, że petent się stawia aż zamilkła! Idąc za ciosem pytam czy tabliczka nad jej biurkiem ["konta, lokaty, kredyty, pożyczki"] jest błędna? Pani zerknęła jakby zobaczyła ją pierwszy raz w życiu i zrobiła się bardzo uprzejma, mówiąc, że po pożyczkę ekspresową mogę załatwić w najbliższym oddziale tu a tu... Nie dociekałem statusu tabliczki więcej.

Polbank. Miło i szybko. Trochę podyskutowaliśmy na temat ubezpieczenia "bo naprawdę warto", ale "dała się przekonać", że mi niepotrzebne... Chyba się uda...

Po drodze był jeszcze Citibank, który zachęca do zostawienia danych kontaktowych, na które oddzwoni doradca... Minął miesiąc, ale nikt nie oddzwonił... Był jeszcze jeden oddział Pekao, w którym twierdzono, że do kredytu jest potrzebne konto w ich banku...

Cóż, nic w tym poście nie zostało przejaskrawione. Zbierając wszystko do kupy, okazuje się, że jeszcze dużo w bankowości do zrobienia... Próbują nas naciągać na drogie i nic nie warte produkty "obowiązkowe" i pewnie im się zazwyczaj udaje. Osobiście wolelibyśmy, żeby zamiast otwierać oddział na każdym rogu, podreperowali standardy obsługi klienta. Może znajdzie się nowy gracz, który wprowadzi nową jakość.... Tymczasem wolimy Internet.


2008/07/13

Czy geje chcą mieć dzieci?

Oczywiście, że chcą!

Ale... wedle naszego rozeznania i kilku opracowań wcale nie jest to liczna grupa. Przeczytawszy to zdanie szczęśliwi zapewne będą przeciwnicy adopcji przez pary homoseksualne. Przyjęło się bowiem mówić, że dziecko dla dobrego rozwoju potrzebuje matki i ojca.

A pewnie, że potrzebuje matki zwłaszcza ojciec i potrzebuje ojca zwłaszcza matka. Kto, jak nie matka, zmieniałaby pieluchy i oporządzała trzódkę, a kto, jak nie ojciec, przynosiłby do domu kasę? System może się samouzasadniać i dobrem dziecka zasłaniać. Pięknie to było widać przy okazji rozmowy w ostatni piątek w Poranku TOK FM przy okazji dyskusji o wprowadzeniu urlopów tacierzyńskich. Zebrani w studiu - zdawałoby się całkiem rozsądni panowie - argumentowali mniej więcej, że "pewne rzeczy najlepiej zrobi kobieta", "to się ekonomicznie nie opłaca, bo mężczyzna zarabia więcej" i "administracyjnie nie zmusi się ojców do miłości". I jak to się ma do dobra dziecka?

Zanim społeczeństwo dobrnęło do ery industrializacji i wynalazło rodzinę nuklearną, którą co poniektórzy uważają za istniejącą od zawsze, model mama+tata nie był oczywisty. Ba, są rejony, gdzie ten model nie obowiązuje do dziś. Może są to odizolowane społeczności, a nie kontynenty, ale to nie zmienia faktu, że dorastają w nich "normalni" ludzie i wszystko kręci się dalej. Co mądrzejsze książki i opracowania z psychologii rozwojowej w języku angielskim mają zwyczaj pisać, kiedy piszą o opiece nad dzieckiem: "mother/father or other caring person", co oddaje esencję zagadnienia i sens dyskutowania na problemem czy do ukształtowania się osobowości niezbędna jest mama albo jedynie mama i tata, czy może "caring person".

Ale do rzeczy... miało być o tym czy geje chcą mieć dzieci. A to dla tego, że Wysokie Obcasy puściły fajny tekst o bezdzietnych z wyboru. Pozornie tekst nas niedotyczący, ale praktycznie owszem (pomijając fakt, że zawsze fajnie przeczytać o ludziach, którzy jakoś nie mieszczą sie w normie). Zdarzyło się bowiem, że ujawniając swoją orientację, słyszeliśmy "ojej, nie będziesz miał dzieci"... Oczywiście, gówno to prawda, bo nic łatwiejszego, niż sprawić sobie dziecko, ale właśnie kwestia CZY W OGÓLE BYŁABY TAKA CHĘĆ zostaje pominięta. Dlatego psychicznie blisko nam do bohaterów tekstu. Zwłaszcza Tomka, który jako że "jest w wieku 30+ i nie ma dzieci, więc pewnie jest gejem." Wprawdzie niektórzy są dość ostrzy w słowach, kiedy mówią na przykład, że się brzydzą zafajdanych i poplutych niemowląt, co nas różni, ale to ich prawo. Wspólne nam jest natomiast, że nie mieć dzieci jest całkiem fajnie! Fajnie, bo można się egoistycznie oddawać przyjemnościom ambitnego samorozwoju albo płytkiej konsumpcji-kiedy-tylko-zachcesz, albo temu i temu. I nie trzeba kombinować, planować, martwić się czy starać, żeby dzieciom było dobrze i wyrośli z nich ludzie. Kategoria "cudu obserwowania dorastania własnych pociech" jest zwyczajnie nieadekwatna, a zapewnienie sobie opieki na starość prymitywna... No więc, rozumiemy i potwierdzamy, że jak się nie ma i nie planuje dzieci, nie trzeba odczuwać pustki.

Spotkania z historią

Dziesiątki razy przechodziliśmy koło tego śmietnika...

Trochę dziwiły nas grupki cudzoziemców w mało turystycznym miejscu, ale myśleliśmy, że nam się stolyca kosmopolityzuje.

Tymczasem.... śmietnik ma swoją drugą stronę:

Zupełnie przypadkiem okazało się, że (wciąż jeszcze) mieszkamy koło niezburzonego kawałka muru otaczającego dawne getto warszawskie. No i wtedy sobie pomyśleliśmy, że to naprawdę szczyt chamstwa , żeby z jednej strony ściany ludzie z bliższych i dalszych krajów przyjeżdżali się modlić i dumać nad ponad 300 tysiącami zamordowanych warszawskich Żydów, a z drugiej strony ściany stał sobie śmietnik. O ironio, z tej drugiej strony jest liceum ogólnokształcące, które owy błękitny śmietnik z daszkiem z blachy falistej tam posiada... I w pewnym momencie nauki pewnie jego uczniowie beznamiętnie wkuwają daty: utworzenia getta, rozpoczęcia deportacji do Treblinki, zmniejszenia getta, wybuchu powstania w getcie, likwidacji getta...


Hmmm, w mieście, które na niemalże co drugim budynku i skwerze sztucznie upstrzone jest krzyżami, tablicami i głazami pamiątkowymi upamiętniającymi poległych w walkach przeciw okupantowi, a byle plac nasi nazwę jakiegoś zgrupowania czy tam dywizjonu, sprawa muru wydała się nam wręcz groteskowa. Zwłaszcza, że te tablice i kamyczki są wirtualne... Tych miejsc nie ma, a statystycznie trup leżał na każdym metrze kwadratowym miasta... Tymczasem, kiedy coś zostało i jest w swojej symbolice do bólu wymowne, to może służyć jako ustronne miejsce do szczania...

Czy to dlatego, że Ci w getcie nie byli bohaterami tylko ofiarami? A może już za dużo tych pamiątek? Czy może getto to nie POLACY męczennicy-uśmierceni w bohaterskiej walce i nie ma co się wysilać? Ocalały fragment żydowskiej ul. Próżnej od 5o lat w końcu dorobił się tylko dech i cegieł w oknach i tablic ostrzegających przed zawaleniem....




2008/06/27

Brawa dla studentów

Wow. Jesteśmy pod wrażeniem... "Kilka tysięcy" studentów z całej Polski dało się namówić na wycieczkę do Paryżewa za 20 zeta sponsorowanej przez organizację irańską o niejasnych powiązaniach i mrocznych celach - donosi Gazeta.

Trudno stwierdzić czy Organizacja Bojowników Ludu to w dzisiejszych czasach fanatyczni islamiści czy może zagorzali marksiści, bo byli już i tymi i tymi... Jedno i drugie jest równie niebezpieczne w skrajnej postaci. Ciekawy jest sam mechanizm: "Jadę, żeby się dobrze bawić w Paryżu. Nie do końca wiem, o co chodzi z tą manifestacją." - mówi dziunia reprezentująca kwiat młodzieży polskiej, młodą tzw. intieligiencję i przyszłość narodu. Nie włączył się jej znak ostrzegawczy "kiedy ktoś chce mi coś dać za friko, chce mnie do czegoś wykorzystać". Zwłaszcza jeśli jasno nie komunikuje celów... A tak w ogóle to wszystko jedno. Osąd moralny nie funkcjonuje.

He, he. A połowa narodu oburza się, że ktoś był agentem... Bycie agentem dawało znacznie więcej wymiernych i niewymiernych korzyści niż weekend w Paryżu... Ludzie są sprzedajni i jeszcze mają czelność twierdzić, że to dziwki godności nie mają...

2008/06/25

?

Zaciekawiła nas w ostatnich dniach chrześcijańska miłość bliźniego. Jakoś ze dwa razy w ciągu ostatnich dni się nam przejawiała. A właściwie jej deficyty. Pierwszy raz przy sprawie minister Kopacz, którą chciano ekskomunikować za wypełnienie obowiązków służbowych. Szczęśliwie, była to inicjatywa plebsu wielbiącego Frondę, której namiestnicy Boga nie podchwycili. Tak to jednak - mamy wrażenie - na co dzień funkcjonuje w wersji katopop. I nie wzbudza zdziwienia ani dezaprobaty.

Zdziwienie i dezaprobata powstają, kiedy ideał ma się rzeczywiście wcielić w życie. [Drugi raz] Dziś, kiedy Kurski z Wyborczej stwierdził, że trzymanie Maleszki było między innymi wyrazem chrześcijańskiej miłości bliźniego. Już sobie pomyśleliśmy, że to zamknie paszczę wszystkim miłującym katolikom z Dziennika i Rzeczpospolitej. Ale guzik. Ludzka percepcja, jest selektywna. Tego aspektu pewnie nikt zaślepiony żądzą krwi i odegrania się na konkurentach nie zauważy, albo wyśmieje za "wypaczenie doktryny". Wiadomo, kochać należy selektywnie. Jak jest dobrze. I karać, kiedy odbiega od ideału.

Nie żebyśmy aspirowali do miana... agentów (nośników) miłości bliźniego w katolickim wydaniu. Osobiście jednak - jako czytelnikom - wcale nam nie przeszkadzało, że Ketman - Maleszka miał jakiś etacik w Gazecie. Niechby sobie siedział i redagował na zasadach telepracy, zwłaszcza, że ponoć był w tym bardzo dobry.... Ci, którzy nie chcieli z nim współpracować nie musieli. Że w niektórych wzbudzał niesmak? No rany, w każdej dużej firmie znajdzie się miejsce dla największej szui i zazwyczaj nie ma nawet możliwości, żeby się nim/ nią nie stykać. Ta sytuacja zdawała się więc była naprawdę komfortową dla współpracowników... Ktoś powie, że to nie my byliśmy jego znajomymi i nie jesteśmy rodziną Pyjasa... Czy coś to zmieni, że Maleszki nie będzie już w GW? To ma być rodzaj kary dla niego czy moment triumfu sprawiedliwości dziejowej? Jeśli jest normalnie odczuwającą jednostką z niezwichrowana psychiką (w co wątpimy), to karę już poniósł - publicznie. Jeśli to po nim spłynęło, to jest jakiś zaburzony i nic się z tym nie zrobi... Trzeba zaakceptować śmieci dawnego systemu. Ludzie go stworzyli i pozwolili mu trwać... Inne represje przypominają raczej żądzę zemsty niż tak propagowaną miłość bliźniego. Lepiej jak pójdzie po pomoc socjalną? Tak w ogóle ilość ludzkich śmieci jest chyba w dziejach stała. Problem w tym, czy jak działa system gospodarowania nimi...


Boski Bonus:

Ciekawe ile majtek udało sie w ten sposób ocalić przed kradzieżą w tym majtkowym sklepie w centrum stolicy? ;-)

2008/06/18

To piękne, kiedy rodzi się życie...

O aborcji było tu już nie raz, zarówno w kontekście możliwości samostanowienia o sobie, jak i odczarowywania samego zabiegu z punktu widzenia rozwoju człowieka. No więc z jednej strony z zażenowaniem, a z drugiej z nieskrywaną wściekłością patrzyliśmy na sprawę Agaty z Lublina. Dziś -tfu - "doszło do aborcji" jak informuje KAI. Szło, szło i doszło. Właściwie dojechało. Albo dojechano, bo z Lublina przez Warszawę, aż do Gdańska. O mały włos, a niektórzy osiągnęliby to, co chcieli czyli przeciągnięcie sprawy powyżej 12 tygodnia... Dobrze, że była Alicja Tysiąc, która walczyła o swoje prawo. Tym razem przynajmniej w ostatniej chwili włączyło się ministerstwo, które raczyło wyznaczyć placówkę , gdzie zabieg będzie możliwy.

Któregoś dnia przed wyjściem do pracy pewien znany ze swojej obleśnej powierzchowności i kawalerskiego stanu publicysta grzmiał w radiu na Wyborczą, że rozpoczęła ideologiczna krucjatę posługując sie manipulacją i dzieckiem w sprawie liberalizacji dostępności zabiegów. Zachowanie tzw. obrońców życia i przedstawicieli kościoła było nienaganne. Kwestia skąd wiedzieli i jak się zjawili wcale nie była rozpatrywana... Widać ktoś zrobił dobrą robotę - chciał uratować cud zapłodnienia. Trąbił przy tym również doniosłym głosem, o cudownym wydarzeniu, kiedy kobieta rodzi dziecko. Hmmm.... cudowne to jest może kiedy kotka rodzi kocięta, bo nie zachodzi z przypadku i zawsze dzieci chce. Nie wspominając o tym, że w przeciwieństwie do małych istot ludzkich małe kotki są naprawdę słodkie... W przypadku Agaty żadnego piękna jakoś dopatrzeć się nie możemy...

Mieszkaniówka a sprawa polska

Postanowiliśmy urządzić od nowa nasze mieszkanie (czas najwyższy był!). Od prawie miesiąca mieszkamy w zastępczym lokum, w którym internet jest z komórki na kilogramy o oszałamiających prędkościach niczym z drugiej połowy lat 90-tych, co nie sprzyja komunikacji. Sprzyja za to zrozumieniu niektórych zjawisk, o czym poniżej ;-)

Mieszkamy w samym centrum urodziwej stolicy w jednym z licznych tutaj wieżowców z okresu głębokiego PRLu. Podobnie, jak sąsiedzi 11 pięter w górę i kilka klatek w bok mamy aż 24 m2 wybudowane według socjalistycznej normy maksymalnie 12 metrów na osobę przy fenomenalnie dysfunkcyjnym rozkładzie. Łazienka w tego typu budownictwie niewiele różni się rozmiarem od lodówki, co nie zachęca do przebywania tam dłużej niż cokolwiek wymagane dla czynności fizjologicznych. Od dawna czuliśmy to na ulicach, teraz wiemy dlaczego. I to jest oświecenie pierwsze.

Drugie oświecenie jest bardziej doniosłe: zrozumieliśmy mechanizm nieokiełznanej żądzy lustracyjnej prawdy. Doznawane krzywdy są tak zaburzające, że człowiek z chęci rozliczenia czyni naczelną zasadę swojego żywota. Tako i my się naszymi krzywdzącymi warunkami zaburzyliśmy, że gdybyśmy mogli, chętnie zaprzęglibyśmy IPNowską Komisję ds. Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu do rozliczenia i ukarania wszystkich architektów i planistów kolaborujących z PRLowskim systemem przy wypracowywaniu takich norm i standardów dla życia obywateli i obywatelek. A potem krąg powiększylibyśmy o inżynierów i majstrów, którzy te badziewia budowali.... Dlaczego nikt na to nie wpadł wcześniej?

Co tam się jeszcze przez ten czas wydarzyło? Była parada, na której byliśmy. Spotkaliśmy Abiekta i bardzo niewielu innych znajomych. Trochę szkoda, bo wciąż - niczym od publicystów Rzeczpospolitej - słyszmy na wymówkę farmazony, że "ich orientacja, to ich prywatna sprawa", o czym było już w zeszłym roku. Dość powiedzieć: Panie i Panowie brednie straszliwe opowiadacie! W rzadkich przypadkach to po prostu obojętność. Znacznie częściej to żadna prywatna sprawa, to po prostu wasze zracjonalizowane lęki. Póki się z nimi nie zmierzycie, nie dojrzejecie. A jakikolwiek satysfakcjonujący związek będzie wam 100 razy ciężej stworzyć (jeśliby w ogóle planujecie).

Prywatnie to się możecie co najwyżej cichaczem na przypadkowy seks umawiać, bo to nie wymaga zaistnienia i funkcjonowania w tej roli na co dzień... Był nawet taki przykład ostatnio. Przerysowany, jak jego stroje (co nie znaczy, że z innej bajki), który powiedział jakoś tak, że nienawidzi pedałów, tylko ich rucha... Można by powiedzieć, że to jakiś pajac. Ale nie, to nie pajac, tylko człowiek, który nienawidzi najbardziej ze wszystkich siebie samego, a reszcie się tylko rykoszetem dostaje. Mało kto ma jednak luksus bycia gwiazdą, która może ogłosić, że jest gejem tylko czasami, gdy mu "się zachce"ku pobłażliwości pozostałych. Inni zazwyczaj uważają, że "od środowiska trzyma sie z daleka" a rodzinie mówią, że "jeszcze nikogo właściwego nie spotkali".

Co jest prywatne, a co publiczne? Jest akurat w kinach taki film. Saturno Contro. Może żadne to arcydzieło kinematografii, ale niesie treści na pewnym poziomie poruszające. Przynajmniej dla nas, bo to też może być nasz problem. Bo to, co prywatne - od pewnego etapu jest do bólu publiczne, dosłownie rzecz ujmując. Akcja w skrócie: mieszka dwóch facetów, są ze sobą. Wszystko mają wspólne. Niby banał. Wspólne jednak tak długo, jak obaj są zdolni tę wspólnotę sobie na co dzień doraźnie budować. Jeden umiera nagle na wylew. I nagle nic nie jest wspólne. Jednego albo drugiego. Obcy sobie ludzie z zewnętrznej perspektywy. Prywatnie czy publicznie trzeba iść odebrać ciało?Prywatnie nie ma takiej szansy - osobom obcym ciała się nie wydaje. Potrzeba być publicznie rozpoznawanym przez prawo, żeby mieć taką możliwość... A taką możliwość trzeba niestety sobie wytupać i wygłosować. Prywatne jest publiczne i polityczne...

2008/04/14

Podróż po Indiach

Wróciliśmy z naszej krótkiej (jak na rozmiary Indii) podróży. Kraj piękny, chociaż dla nas - Europejczyków - czasem szokujący. Szokujący rozwarstwieniem między biednymi i bogatymi i szokujący rzucającą się w pierwszym rzędzie biedą... To co w Bombaju nazywa się slumsami, jest normalnym miastem w innych częściach kraju... Tam z kolei tuż obok owych slumsów wyrastają drapacze chmur i piękne apartamentowce. Wszystko to z poszanowaniem zasad urbanistyki, przy którym nawet Warszawa jest miastem pięknym i zaplanowanym ;-)


Delhi

Zazwyczaj jako port docelowy, jest pierwszym miejscem styku z indyjską specyfiką. Ale jest dopiero przedsmakiem do całej reszty. Samo miasto jest nudne jak flaki z olejem w kontekście rzeczy wartych zwiedzenia, ale arcyciekawe jako miejsce życia wielkomiejskich tubylców. Odkąd wynaleziono smog, Delijczycy chętnie z niego korzystają, chroniąc się przed słońcem. Dzięki niemu pogoda zdaje się być zawsze mglista, więc słońce nie pali zbyt mocno. Stare Delhi wygląda jak na zdjęciu obok. W centrum widać czasem minioną świetność z czasów Imperium. Za to w nocy można sie poczuć niczym w Las Vegas. Nowe Delhi jest mało interesujące ze swoimi osiedlami i betonowymi klockami.


Kaszmir

Teren sporny z Pakistanem, przez co niebezpieczny. Rzeczywiście co kilka metrów na ulicy stoi uzbrojony wojskowy. Zdarzały się porwania i dzieją się czasem groźne rzeczy (ponoć kiedy tam byliśmy w jednym miast regionu zginęło w obławie 7 osób). Tu jednak zaczynają się Himalaje, a czas spędzony w wiosce (Srinagar) zbudowanej na palach na jeziorze i nocowanie w pływającym hotelu, wizyta o świcie na pływającym targu warzywnym i głos imama przed switem niesiony po wodzie są bezcenne.

Radżastan

Półpustynny stan, którego miasta i miasteczka mają forty, które były siedzibami maharadżów. O ile po zobaczeniu trzeciego fortu, wszystkie zaczynają sie robić identyczne, o tyle wiejska i miejska specyfika nigdy się nam nie nudziła. Nawet mimo że różnokolorowe starówki nie mają kanalizacji, a zapach z rynsztoków w słońcu nie jest pociągający...


Uttar Pradesh

W tym stanie znajduje się jeden z "must-see", czyli Taj Mahal w mieście Agra oraz Varanasi. Varanasi to święte miasto Hindusów. Woda Matka Gangi anuluje grzechy, a rozsypanie w niej prochów po kremacji uwalnia z cyklu reinkarnacji i gwarantuje bezpieczną miejscówkę w raju. Stosy właściwie nieprzerwanie palą się w dwóch miejscach (Manikarnika Ghat i Harish Handra Ghat). Kremacja jest ceremonią dostępną dla wszystkich, można podejść... Nie można robić jedynie zdjęć z bliska. Poza tym miasto znane jest częstych braków prądu i zdążyło nam się, że po zmroku zostaliśmy w labiryncie starówki w zupełnych ciemnościach (oświetlenie ulic to nie jest częsta sprawa...).

Bombaj

Miasto luksusu, czyli miasto taksówek (dwie na trzy popsuły nam się w drodze). Jest najbardziej europejskim miastem w Indiach. Jest tak europejski, że aż szkoda tam jechać, jeśli nie jest portem wylotowym, bo po co? Jest mały wyjątek: nazwijmy go - pralnią miejską, gdzie dziennie prane są usługowo tysiące rzeczy przez najbiedniejszych dla hoteli, restauracji, szpitali...




Na każdym kroku Indie potrafią zafundować dziwującemu się turyście niesamowite widoczki i scenki... I na tym polega ich urok, co tu dużo mówić...


Transport miejski

Tym, którzy się skuszą na wyjazd nie radzimy nawet próbować pożyczać samochodu i nim kierować. Indyjskie zwyczaje drogowe wyglądają na "róbta co chceta". Drogi i ulice wspólnie dzielą: stragany, ogromne ilości rowerów, riksz rowerowych, riksz motorowych, taksówki, krowy i inne zwierzęta, piesi, żebracy i bezdomni. W mieście nie jeździ się nie więcej niż 30 km/h. Nie ma wypadku, przy tej prędkości da się zapobiec każdej kraksie. Klakson jest właściwie w ciągłym użyciu. Wszyscy trąbią na wszystkich. Trąbię więc jestem. Komunikacja miejska jest nie do odszyfrowania dla obcego. Poruszać się po mieście najlepiej się samochodem z wynajętym z kierowcą, taksówka albo rikszą. Nie są to koszty wygórowane.

Transport regionalny

Na drogach i autostradach nie jeździ się szybciej niż 60 km/h. Bo drogą mogą iść krowy, ktoś może jechać pod prąd, prowadzić biznes, albo droga może się nagle zamieniać w polną. Przejechanie między trasy 250 kilometrów zajmuje około połowy dnia. Pociągi nawet jeśli są ekspresami również nie jeżdżą szybciej niż 60 km/h. Ich wygląd przyprawia Europejczyka o mdłości, nawet jeśli na co dzień musi oglądać i wąchać PKP. Na opisanie dworców słów nam brak. Ale 14 godzin podróży nocnym ekspresem na odcinku 600 kilometrów z kawałkiem jest niezapomniane... Naprawdę trzeba spróbować ;-) Przed wyjazdem najlepiej wynająć lokalne biuro, które zapewni samochody z kierowcą w poszczególnych miejscach (podzielimy się wypróbowanymi namiarami, jeśli ktoś kiedyś będzie potrzebował).

Każde średniej wielkości miasteczko w Indiach (od około półtora miliona mieszkańców wzwyż) ma lotnisko. Samoloty przejęły funkcję pociągów. Niektóre loty mają po trzy przystanki na trasie, gdzie pasażerowie wysiadają i wsiadają lub jadą dalej, a mimo to jest to najszybszy środek komunikacji ;-) I stosunkowo niedrogi. Podejrzewamy jednak, że to, co na drogach, ma swój odpowiednik w powietrzu. Samoloty nigdy nie przylatują i nie odlatują o czasie, więc nie należy planować na styk, ani tym bardziej przesiadać się.

Ludzie są generalni przyjaźni. Większość mówi po angielsku w stopniu umożliwiającym przynajmniej proste dogadanie się im z pomocą rąk. Zazwyczaj próbują trochę zarobić, co jest męczące, bo nie są w stanie pojąć, że po prostu nie potrzebujesz kolejnego szalu z paszminy albo 176 słonika do kolekcji i dlatego nie chcesz ich kupić. Im się wydaje, że barierą jest cena, więc gotowi są targować się i prowadzić dialog z twoimi plecami. Europejczyków może zdziwić ogrom kalek i ludzi po różnych nieszczęściach na ulicach. Są wytrenowani, żeby wzbudzać litość i wyciągać pieniądze (mogą nawet klepać piękną angielszczyzną różne formułki). Albo pozować do zdjęć za drobne kwoty...

Bonus homoseksualny, który dedykujemy Joannie Najfeld.

Homoseksualizm jest w Indiach nielegalny, gdyż jest "wbrew naturze". Jest to prawo z czasów panowania Brytyjczyków, jednak chyba jest władzom całkiem na rękę.... Jakoś tak (nie) naturalnie jest w tym kraju zbyt mało dziewczynek [bo jakoś tak dziwnie umierały przy porodzie] i w takim Bombaju na niewiele ponad 700 kobiet przypada 1000 facetów, a kontakty miedzy płciami są dość utrudnione dzięki sile tradycji, więc - na wzór zakładów zamkniętych - faceci by się zajeździli... Niemniej, jednak - niczym w krajach arabskich - kwitnie nieco schizofreniczna przyjaźń męsko - męska, która jest powszechnie akceptowana i nie wzbudza na ulicach niesmaku, a która pewnej granicy przekroczyć pod groźbą kary nie może... Życie prawdziwie gejowskie kwitnie natomiast w krzakach z braku innych możliwości.

2008/03/26

Zamknięte z powodu urlopu


Po powrocie fotorelacja. Pozdrawiamy.

2008/03/22

Święta, Święta

Wpadliśmy na pomysł świątecznych kartek okolicznościowych. Tradycyjny motyw zajączka i jajka nieco się mógł znudzić...

Wariant 1.

Wariant 2.


Najlepszym prezentem świątecznym będzie z kolei oryginalna chińska porcelana produkowana specjalnie na zamówienia z Polski.


Deser.

Szukając prezentu dla maluchów, które odwiedzimy w poniedziałek zajrzeliśmy do książeczki edukacyjnej. No i proszę. Dzieci mogą się z niej dowiedzieć, jak nazywać części swojego ciała. Mają więc usta nos, pupę itd. W miejscu siusiaka albo cipki wszystkie dzieci mają natomiast "płeć" (żółta kropka na zdjęciu). I tak dzięki sprytnemu zabiegowi autorów będą nam wyrastać geniusze, bo uda się im przyspieszyć o jakieś 8 lat wykształcenie umiejętności myślenia abstrakcyjnego. Że też nikt na to nie wpadł wcześniej...

2008/03/21

Trzeba zacząć obrażać

"Żądanie ślubów przez gejów i lesbijki jest realne i słyszy takie głosy środowisk homoseksualnych także w Polsce. - Bogu dzięki staram się nie mieć z nimi kontaktów. Ale te środowiska obrażają uczucia religijne katolików na swoich paradach i imprezach" - powiedział Joachim Brudziński.

Dyskusja z głupotą niepotrzebnie ją nobilituje, powiedział ktoś mądry. Dlatego nie będziemy dyskutować, ale obrażać tych wrażliwych katolików. Bo taki buc, jak ten powyższy, jest tego warty...

Tymczasem obrażalskim życzymy prawdziwie pedalskich Świąt.

Odgrzewane: gejowska impreza za kasę ministerstwa

Dziennik ze szczegółami opisuje imprezę Ministerstwa Pracy na zakończenie Roku Równych Szans, którą uświetniła drag queen Lea Divine.

Impreza była daleka od powagi nabożeństwa, co widac na pierwszy rzut oka:

"Lea, nie mogę się ciebie doczekać! Lea, kocham cię!" - wołał jeden z gości, wywołując wykonawców: Leę Divine i Petera Didencera. W końcu ukazała się Lea - mocno uszminkowany i upudrowany mężczyzna przebrany za barokową markizę. Tańczył(a) i śpiewał(a), od czasu do czasu namiętnie i długo całując swojego partnera w usta."

No co tu dużo mówić Lea Divine prezentuje estetykę na podobnym poziomie, co Doda. Ani wyżej, ani niżej (chociaż może Doda jest bardziej "profesjonalna" z racji budżetów). Nie do końca jesteśmy przekonani, że są to artystki nadające się na imprezę ministerialną z racji swoich niewysokich lotów. Skoro jednak zdecydowano, że są to czym tu się tak obruszać? Faktem, że skaczące w podskokach cycki tego przebrane faceta nie są prawdziwe? No właśnie fakt, że jednak jest to facet niektórych szokuje tak, iż krztuszą się własną śliną. Tylko w takim razie po jakiego kija zaproszono go ze swoim kiczowatym szoł na imprezę ministerstwa? Jak estetyka drag queen razi, to trzeba było zaprosić Eltona Johna... Podejrzewamy jednak, że Elton to za wysokie progi na te nogi...

Jaki to kiepski manager lub niekompetentny urzędnik nie mógł sobie poradzić z wynegocjowaniem prostego kontraktu na obsługę - powiedzmy "artystyczną" - imprezy ministerstwa? Normalnie, kiedy jedzie kapela grać w remizie albo na otwarciu centrum handlowego, to prosi się o przedstawienie odpowiedniego scenariusza i mówi "to wypada, bo jest kiepskie" Klient nasz pan, płaci, artystka się sprzedaje i musi słuchać albo wypad... Jak było tutaj?
I tu zmierzamy do sedna.

"Gdybyśmy zerwali umowę z zespołem, moglibyśmy narazić się na zarzut dyskryminacji ze względu na orientację seksualną jego członków. To kłóciłoby się z zapisami przygotowanego przez nas projektu ustawy o równym traktowaniu" - mówi rzecznik resortu Bożena Diaby."

Ale pierdolenie, myślimy sobie. Homofobia to nie renegocjowanie lub zerwanie kontraktu z powodu jego wątpliwej jakości lub niestosowności. Homofobia to lęki (homo-FOBIA). A lęki były następujące: jak sobie poradzić z tym dziwadłem, żeby nie pokazać, co o nim naprawdę myślimy.... Udajmy, że jest boski (Devine), to nikt się nie domyśli, że czujemy prawdziwą pogardę... Jak poczuje się, że jest święta krową, to ani on, ani nikt się nie domyśli. I tak prawdziwa homofobia pokazała się w całej okazałości.

2008/03/20

Ministra, która nam umknęła

Jeden z nas ma współpracowniczkę Ewę, która bardzo prosi, żeby nie tytułować jej dziennikarką tylko dziennikarzem. Pewnie chciałaby sobie w ten sposób jaj dodać, których brakuje jej dosłownie i w przenośni, ale i tak to nie wychodzi. Ot, taki puch marny. Przypomniało nam to postać pana Elżbieta Radziszewskiego, który jest pełnomocniKIEM ds. równego statusu kobiet i mężczyzn (Elżbiet to ładne imię, w domu wołają na niego Elżuś, ale tego nie lubi, bo brzmi babsko).

Elżbiet był prezentem Donalda z bagien dla płci pięknej z okazji 8 marca. Miał niezbyt dobry początek, ale się nie przejmuje, bo pewnie będzie lepiej. Dał po tym obszerny wywiad w Dzienniku, który zabrzmiał jeszcze bardziej niepokojąco.

1. Nie poszedł na manifę 8 marca, bo akurat jechał na rekolekcje i nie zamierzał zmieniać planów. A poza tym inaczej niż wszyscy uczestnicy ulicznego wydarzenia, nie był na nią zaproszony. A tak przede wszystkim, to nie czuje się mieszkanką Warszawy, żeby uczestniczyć w tego rodzaju przedsięwzięciach. Widać tym stołecznym babom poprzewracało sie w głowie, en province to się we łbie nie mieści takie cyrki spędzać.

2. Pyta dziennikarz (taki z jajami) czy Elżbiet wybiera się na Paradę Równości. Elżbiet bez żenady strzela, że nie, bo na rzecz równości trzeba działać, a nie paradować. I działa - wcześniej wspomina: "Czasem modlę się także w intencji jakiejś kobiety". No i świat się zmienia od tego działania tak, że się połapać nie idzie. Postmoderne nam wymodliła.

3. Misja programowa Elżbieta jest taka: "Popieram równość kobiet i mężczyzn z uwzględnieniem ich odmienności. Musimy pamiętać, że mamy swoje tradycje, a ja nie chcę na siłę ich zmieniać, bo we wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek". No też w imię tradycji kobiety do garów, mężczyźni do lasów. Uszanujmy te różnice. Nie będzie też zmieniać modelu kobiety w podręcznikach. Mama Ali co ma Asa, dalej będzie zapierdalała ze ścierą, a tata wracał zmęczony po pracy. No może być też wersja nowoczesna, mama będzie bibliotekarką, a tata inżynierem.

4. Będzie strzegła kompromisu aborcyjnego, ktory jest kompromisem nad kompromisy. Kiedy jawnie prawicowy dziennikarz z niej się śmieje i mówi: "Skończmy z hipokryzją, to żaden kompromis. Po prostu jako większość narzuciliśmy swoją wolę. Tak się zresztą zawsze dzieje przy tworzeniu prawa", ona się zapiera, że to kompromis, bo nie jest po myśli Sobeckiej czy Jurka, ani po myśli Środy czy Szczuki.

5. Gorąco ma w pamięci, że Europa nie chciała urzędnika [Rocco Butiglione], który zamiast sprawować swoją funkcję pieprzył o homoseksualizmie jako grzechu. Dla Elżbieta był to przykład "laickiego zamordyzmu", który napawa ją lękiem, że "jak dalej pójdzie, to za publiczne przyznanie się do wiary i do wartości moralnych my, chrześcijanie, będziemy się czuli prześladowani jak na początku wieków". Nasze niedoczekanie, chciałoby się powiedzieć, chociaż widzimy pewną różnicę między zajmowaniem stanowiska urzędniczego i owym pieprzeniem farmazonów. Różaniec na palcu (cóż za gust!) Elżbiet niech se nosi. Ale kiedy ta bogobojna urzędnicza paszcza beczy, że "stanowisko Kościoła jest pięknie opisane w katechizmie i ja zgadzam się z każdym słowem tam zawartym", to byśmy ją jakąś Biblią w twardej oprawie po prostu zatłukli. Ha, taki niezłapany PowerGay (driven by The Holy Bible).

6. Parytet to rzecz kontrowersyjna. Wielu twierdzi, że jest równość płci i nikogo nie trzeba faworyzować mocą ustawy. A przede wszystkim skąd tyle mądrych bab wziąć? [
wieloletnie zaniedbania należy nadrabiać powoli - rzecze Elżbiet]. No właśnie skąd tyle mądrych bab wziąć, żeby mogły coś robić? I nawet do głowy mu nie przyjdzie, że parytet wymyślono po to, żeby administracyjnie zmusić do kształcenia i rozwijania kobiety. Inaczej przegrają z facetami.

7. Bardzo nas rozbawiło wyznanie Elżbieta, że
"prywatnie rzeczywiście lubię Romana Giertycha. Miałam okazję kilkakrotnie z nim rozmawiać i sprawiał bardzo miłe wrażenie". Podejrzewamy, że pan Elżbiet jest jednak heteroseksualną samicą - Elżbietą, która lubi jak ją się ostro za ryja weźmie i pokaże kto, gdzie rządzi.

Podsumowuje dziennikarz: "
Feminizmem się pani nie zajmowała, pornografią - też nie, była pani przeciw ustawie o równym statusie kobiet i mężczyzn, nie chodziła na Manify… Hm, może powinna pani zostać ministrem zdrowia, a na tym stanowisku znalazła się pani przypadkiem?" A Elżbieta dodaje skromnie: " Nie zajmowałam się też wspieraniem ruchów gejowskich."
Czy ona nie jest fantastyczna? Czekamy na pierwsze działania i ich wyniki.