2007/10/31

Test moralności

Zostaniesz poddany/a małemu testowi.

Składa się on z jednego tylko pytania, ale pytanie to jest bardzo ważne. Nie odpowiadaj pochopnie i bez rozwagi! Wyobraź sobie poniżej opisaną sytuację i podejmij decyzję. Zastanów się. Pamiętaj: Odpowiedź powinna być spontaniczna, ale szczera!...

Znajdujesz się w samym centrum katastrofalnej powodzi wywołanej orkanem... Niesamowite masy wody.... Jesteś fotoreporterem w samym środku tej przerażającej katastrofy. Próbujesz zrobić jak najbardziej oddające grozę zdjęcia......

Sytuacja jest niemal beznadziejna... Wokół ciebie znikają domy, ludzie walczą z żywiołem...Potęga natury w całym jej okrucieństwie porywa wszystko na jej drodze. Nagle widzisz mężczyznę prowadzącego terenówkę, który walczy rozpaczliwie. Wygląda jakoś znajomo... I rozpoznajesz go: to Prezydent Kaczyński! Ale widzisz, że szalejąca powódź zaraz go porwie - ostatecznie... Masz dwie możliwości - uratować go albo zrobić zdjęcie twojego życia! Ocalić mu życie albo zrobić zdjęcie. Zdjęcie, które przedstawia śmierć jednego z najważniejszych ludzi w Polsce...

A teraz pytanie:


Lepsze będzie MATOWE CZY BŁYSZCZĄCE ??

Breaking news: ekspertyza czy Tusk może nie zostać premierem

"Jak wynika z nieoficjalnych informacji radia TOK FM kancelaria prezydenta zamówiła ekspertyzę dotyczącą tego, czy prezydent musi powoływać na stanowisko premiera szefa największego ugrupowania.

Dostaliśmy zlecenie na sporządzenie ekspertyzy. Dotyczy to interpretacji trzech regulacji konstytucyjnych. Artykułu 154, który mówi, że prezydent desygnuje prezesa rady ministrów - mówi rozgłośni dyrektor Centrum Ekspertyz Zrzeszenia Głównego Prawników Polskich doktor Waldemar Gontarski" - donosi Wyborcza.


Ale numer... Mamy nadzieję, że to w końcu będzie gwóźdź do kaczej trumny, takie wojowanie wbrew wyborcom. Chcielibyśmy także zamówić ekspertyzę, czy to już ten moment, że ktoś jest jest wystarczająco "szalony" i nie zdolny do pełnienia urzędu:

Art. 131. Konstytucji RP
1. Jeżeli Prezydent Rzeczypospolitej nie może przejściowo sprawować urzędu, zawiadamia o tym Marszałka Sejmu, który tymczasowo przejmuje obowiązki Prezydenta Rzeczypospolitej. Gdy Prezydent Rzeczypospolitej nie jest w stanie zawiadomić Marszałka Sejmu o niemożności sprawowania urzędu, wówczas o stwierdzeniu przeszkody w sprawowaniu urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej rozstrzyga Trybunał Konstytucyjny na wniosek Marszałka Sejmu. W razie uznania przejściowej niemożności sprawowania urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej Trybunał Konstytucyjny powierza Marszałkowi Sejmu tymczasowe wykonywanie obowiązków Prezydenta Rzeczypospolitej.

2007/10/30

Prawdziwe Cuda nad Wisłą

Czytamy "Katonielę" i jest to miód na dusze nasze. Bo w ogóle fascynuje (nie wiemy czy to dobre słowo) nas ludowa religijność, ale tylko wtedy, gdy mamy z nią kontakt przez gazety lub czasopisma (w rzeczywistości nas przeraża)....


Na Okęciu wylądowała Matka Boska. Bezpośrednio po odprawie paszportowej (Non UE Citizen) udała się na drzewo.

Tak sprawę opisują profesjonaliści:

"Na chodniku jest więcej kwiatów i zniczy niż na początku października. Na płocie ktoś powiesił pojedyncze, sztuczne róże. Niektórzy przechodnie mówią, że wizerunek nadal krwawi, ale nikt już nie łączy tego z polityką. Wcześniej wiele osób komentowało, że cudowny wizerunek pojawił się specjalnie na wybory. Pomiędzy kwiatami ktoś położył kartkę z modlitwą do Matki Bożej i obrazek z papieżem Janem Pawłem II".

Ostatnio Polskę nawiedziła też lalka- relikwia. 46 kościołów na trasie tournee dzień i noc nawiedzały tłumy:


Podobno Halina Bortnowska (publicystka katolicka) na jej widok o mały włos straciłaby wiarę. "Pierwszy relikwiarz miał postać białej niedużej trumny. Przez kilkadziesiąt lat stał w kościele w Turynie. Salezjanie postanowili być jednak nowocześni. W internecie tak uzasadniają przebudowę: "Przede wszystkim look - wizerunek liczy się dziś, i to bardzo, może zdeterminować powodzenie jakiegoś przedsięwzięcia" - można przeczytać w DF . Be cool, be dżezi. Osobisty kierowca lalki, Włoch, Alfredo Abrami, twierdzi, że "takich tłumów jak w Polsce jeszcze nie widział."

U podnóża warszawskiego dauntaun, jest zaś miejsce w którym zawsze palą się znicze, a niezależnie od pogody, kręcą się też całe grupki wycieczkowiczów....


To miejsce, którego oblicze odmienił Duch, co zstąpił. To w tym miejscu w 1979 roku papież wypowiedział tę słynną kwestię, która ponoć obaliła komunizm...

Ojciec był, jest i będzie nam wiecznie żywy:

Foto odnalezione przez Tomka.

BONUS:
Znajdź 5 różnic:


Ps. Jakimś niezbadanym cudem stuknęło nam 10 000 wizyt.

Uwaga, Kaczka przemówi ludzkim głosem

Maga u siebie na blogu pisała wczoraj, że skoro wedle jednej kaczki, 21 października był nowym 13 grudnia, to według tego kalendarza (jarosławiańskiego; jak policzyliśmy 55 dni do przodu w stosunku do gregoriańskiego) już za moment będzie Wigilia. Tym samym Zaduszki stają się Bożym Narodzeniem...

I chyba coś w tym jest. Tezę tę potwierdza dzisiejsza wypowiedź Kamińskiego dla Radia Zet, że obrażony prezydent już wkrótce przemówi. Na łamach Rzeczpospolitej powie co ma do powiedzenia o wyborach. Nie da się ukryć, idą Święta. Wtedy zwierzęta mówią ludzkim głosem. Kwa, kwa, bla bla.

Czekamy co prezydent chciałby powiedzieć o odnowie moralnej i kwestii zawierania nowych pięcioletnich kontraktów ze służbistami PiS już po ogłoszeniu wyników, kiedy wiadomo, że będą musieli odejść. Czy te odprawy to na cele charytatywne pójdą?

A swoją drogą, to dziwne, że wypowiedzi prezydenta trzeba ogłaszać z wyprzedzeniem, zupełnie jakby była to zapowiedź rozbieranej sesji Madonny, Dody albo Ricky’ego Martin’a, które znacznie podniosłyby sprzedaż piśmidła... Ciekawe, że w ogóle prezydent ma zwyczaj komunikowania się wyłącznie przez łamy wybranego dziennika lub czasopisma.

2007/10/29

Szambo wybiło

Rozbawiła nas historia, że Kaczor pozostający u władzy obraził się na Pana Donalda. Sprawa jest niebagatelna, prezydent nie był kiedyś obrażony "szambem w pałacu Prezydenckim" w wykonaniu sławnego solisty z Torunia... Jakie inwektywy sprawiły, że teraz szambo wybiło i prezydent nagle się obraził? Czekamy na nas oświecenie.

Najważniejsze jest jednak to, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Prezydent zaszył się w swoim pałacu, bo jest obrażony. Postanowił tym samym nie kontaktować się nie tylko z Panem Donaldem, ale i wyborcami. Będzie fajnie, jeśli go nie zobaczymy do końca kadencji... Chyba jednak obrażony nie zdaje sobie sprawy, że przestać się komunikować, to zniknąć z mediów. Zniknąć z mediów, to przegrać reelekcję. Dla nas bomba...

Swoją drogą, zagrywki typu "jeśli/ póki mnie nie przeprosisz, to (nie) coś tam..." to bardzo częsty błąd wychowawczy powielany potem w stosunku do otoczenia w życiu dorosłym. Uciekają się do niego jednostki, które jedynie przez taki szantaż, są w stanie chociaż doraźnie podreperować swoje chore (powiedzmy dające poczucie marności) ego. Bo, kiedy na dziecku dla własnej poprawy nastroju (dowartościowania się) wymuszamy jest stosunek uległości w ten sposób, to wyrośnie z niego taka sama ofiara, jak wymuszający i samo za wszelką cenę i w taki sam sposób będzie chciało się pozbyć się uczucia, że nic nie znaczy ....

Szmajdziński właśnie zaproponował badania psychiatryczne dla tych, co chcą pracować w służbach specjalnych [w kontekście przypadku Antoniego M]. Zapytujemy co z kandydatami na kluczowe urzędy w państwie? ;-)

2007/10/25

Jak przebiega proces ewolucji?

PiS odsunięty od władzy, będzie mniej polityki. Z nudów z połowa blogów padnie. A co z nami? Może więcej queerów i genderów? Dziś natomiast zajmiemy się ewolucją.

Ewolucji podlega na przykład Rafał Ziemkiewicz. Dzieje się to powoli, ale tak to już jest z ewolucją i dlatego nie jest rewolucją. Jeszcze kilka lat temu dostawał drgawek na myśl o gejach. Ostatnio pozwolił ich nie leczyć i żyć w ukryciu, dziś mówi "OBYWATELE HOMOSEKSUALNI". Tak, drodzy obywatele, rodacy i rodaczki. Czyżby przeczytał naszą odpowiedź ;-) ?

Zanim zaczniemy wieszać psy na tekście w dzisiejszej Rzeczpospolitej, musimy mu podziękować za jedno z lepszych spostrzeżeń, jakie usłyszeliśmy (streszczonie na Pardonie):

"Jeśli traktujemy naukę Kościoła jako rozstrzygający argument dla organizacji społecznej, to konsekwentnie powinniśmy domagać się usunięcia z prawa możliwości rozwodów i penalizacji seksu przed- oraz pozamałżeńskiego. Skoro jednak sobie, heteroseksualnej większości, przyznajemy dość zgodnie prawo do życia w niezgodzie z naukami Kościoła, musimy być konsekwentni."

Nie stara się autor? Stara się!

Niestety, gdyby w Polsce, kierowano się nauką Kościoła Katolickiego, bylibyśmy jednym z fajniejszych krajów na ziemi. Bylibyśmy oazą szczęśliwości, miłości, zaufania i przede wszystkim uczciwości oraz krajem ludzi skruszonych, jeśli przypadkiem pobłądzili. A tymczasem jesteśmy okropnym burakowiskiem, w którym żyć się ledwo daje i wcale PiSu u władzy na myśli nie mamy. Zostawiamy więc te kościelne bujdy, bo tu nikt sobie nimi dupy nie zawraca.

Na wstępie autor ubolewa, że zagraniczny człowiek, nie chce zrozumieć, iż Polacy mają odrębne obyczaje i homoseksualistom równać szans nie muszą. Z poczuciem wyższości, zagraniczny rozmówca daje Polakowi-konserwatyście do zrozumienia, że jest burakiem. Jest to "kulturowy rasizm". Bo przecież można za pedziem nie przepadać. Taki sam terror podobno sieją polskie organizacje gejowskie
Zapytujemy więc konserwatystę, kiedy do jego płatów czołowych dojdzie impuls mówiący, że nie lubić pedzia, to jak nie lubić czarnucha i nie koniecznie należy na to pozwalać?

Postulaty organizacji gejowskich to nie jest "pokochaj geja, zaproś go na obiad".

Postulaty organizacji gejowskich to "przestań wytykać palcem i formułować o nim sądy w takim języku".

Dalej jest słuszny wniosek:

"eksponowaniu homoseksualizmu odruchową niechęć Polaka budzi nie tyle nawet element homo, ile po prostu eksponowanie seksualizmu. Jesteśmy społeczeństwem tradycjonalistycznym, które w swej masie dobrze się ze swoim tradycjonalizmem czuje".

Pisaliśmy kiedyś, że dla Polaków ich seksualność jest koszmarem. Uczono ich myśleć, że świat się nie jebie, tylko czasem "prokreuje". Współżyje zaś z poczucia obowiązku. Niedawno na forum Gazety roztrząsano problem, jak powiedzieć rodzicom, że w wieku 24 lat już się współżyje... I jest to symptomatyczne... Jest to stan bardziej dla zainteresowanych patologiczny niż godny poszanowaniami i kultywowania i dobrze, żeby konserwatysta - katolik o tym wiedział...


Dalej robi się zabawnie:
"W gejowskiej propagandzie nie sposób wyznaczyć granicy między tym, co można by uznać za próbę debaty społecznej, a zwykłą pornografią. Sprawia ona wrażenie, jakby tworzona była przez ludzi sfiksowanych na punkcie własnej rozpusty, w której to fiksacji mniej istotne się staje, czy ma ona charakter homo-, czy heteroseksualny".

O kurka! No co my możemy, na to, że kiedy Ziemkiewicz byle widzi chłoptasia, który mówi, jestem gejem, prędzej niż później wyobraża go sobie w pornograficznej sytuacji? Ziemkiewicz i jemu podobni modelowo dokonują tu projekcji. To się poddaje terapii, a nie reguluje życie innych pod swój problem. [Projekcja - w psychologii jeden z mechanizmów obronnych; przypisywanie innym własnych poglądów, zachowań lub cech, najczęściej negatywnych. Projekcja często uzasadnia agresywne zachowania poprzez podbudowywanie wiary w agresywne nastawienie całego świata i konieczność samoobrony. Definicja za wikipedią, dla zainteresowanych więcej w np. Siek, S. "Rozwój potrzeb psychicznych, mechanizmów obronnych i obrazu siebie"].

Deser jest tradycyjny (kisiel pitny z babolami):
"Co właściwie myślimy o homoseksualistach, jeśli już do myślenia o nich jesteśmy zmuszani? Moja osobista odpowiedź: jako chrześcijanin widzę w nich swoich braci i siostry, jako konserwatysta – współobywateli, których prawa i wolności muszą być szanowane tak samo jak moje. Jednak jako chrześcijanin domagam się, aby moralność publiczna była szanowana, a jako konserwatysta, aby rodzina cieszyła się ze strony wspólnoty i państwa szczególną opieką, albowiem wychowując dzieci, pełni ona w społeczeństwie rolę absolutnie kluczową."

O ochronie rodziny i upadku małżeństwa pisaliśmy tutaj. Nie jesteśmy wszak pewni czy statystyczne małżeństwo z kilkunastoletnim stażem, w którym strony się nienawidzą (często niejawnie i niewypowiedzianie) i ledwo z sobą wytrzymują, ale czują przymus (ekonomiczny czy kulturowy) bycia razem, powinno być chronione przed rozpadem z siłą granatu przykrytego woreczkiem ze śrubkami czy może to otoczenie i ich dzieci powinni być chronieni od rażenia takiego małżeństwa.... Bo jakie inne małżeństwa potrzebują jakiej ochrony???

Mimo wszystko on nas widzi jako współobywateli i braci. Nie ma co się jednak zachwycać. Czujemy, że po tylu warunkach wstępnych takie jest to widzenie współobywateli, że - parafrazując Filipiak - jak upadniesz i złamiesz nogę, to cię nie skopią na dokładkę, ale nie licz, że ci pomogą....

Suplement
Autor twierdzi, że działalność aktywistów gejowskich przyczynia się do wzrostu wrogości wobec tej mniejszości. Zadanie domowe na następny artykuł dotyczy przemyślenia roli agresji polityków wobec mniejszości i przyzwolenie władz na taki stan rzeczy jako czynnik sankcjonujący taką agresję.

Z życia wzięte

Gdyby kogoś interesowało, jak wyglądają nasze poranki, to proszę. Jest dokładnie tak samo, nie licząc kija do bejsbola ;-)

2007/10/24

A co będzie jutro?

Na Gazecie Pacewicz komentuje przepływy elektoratu i wróży, że polska scena polityczna będzie się jeszcze zmieniać. Nie czujemy czy zajmie to 3 czy 30 lat, ale śmiemy twierdzić, że jeszcze się na niej sporo musi wydarzyć, żeby dojrzała.

Mianowicie: póki co LiD stara się być podobny do PO, a PO stara się być podobny do PiS. No i z małymi niuansami, wszyscy są podobni i nijacy. Zwycięstwo PO to bardziej efekt mobilizacji niż atrakcyjnej wizji. Jakby miały wyglądać wyniki, gdyby nie głosować za odsunięciem kaczek, ale za określoną wizją programową partii? PO 35%, PiS 35%, LiD 20% i reszta 10%? No może LiD 15% i reszta 15%....

Tak nam się zdaje, że w jakiejś przyszłości:
1. PO powinna odnotować znacząca wymianę członków. Opuścić ją powinno skrzydło PiSowskie, którego miejsce jest w PiSie.

2. LiD powinien się rozpaść i prawa cześć jego szeregu powinna dołączyć do pozbawionej prawicy (i może wtedy liberalnej) PO, a z reszta powinna stworzyć prawdziwie lewicową partię z tymi, którzy teraz pałętają się poza LiDem.

Dopiero po tych dwóch operacjach mniej prawdopodobne staną się wieczne wędrówki elektoratu i samych posłów między niby różnymi partiami, które oferują wszystko to samo i nic, a jedyna różnica między nimi tkwi w stylu, a nie w treści...

2007/10/23

Turyści...

Wczoraj przeczytaliśmy o tym, jak to sześciu turystów zabiło młodego niedźwiadka w Dolinie Chochołowskiej. Najpierw poczęstowali jedzeniem. Zwabili głodne zwierzę, które z racji młodego wieku pewnie nie potrafiło się jeszcze znaleźć w nowej zimowej rzeczywistości. Szukało pożywienia, a potem pewnie zaczęło za nimi iść, więc go potraktowano śmiertelnie kamieniami. Jakby tego było mało, wrzucili je jeszcze do potoku.

Z pewnością miś nie atakował. Nic przecież na to nie wskazuje. Ani bardzo drobne obrażenia morderców, ani ślady na śniegu. To nie była obrona konieczna tylko szczyt głupoty i bezmyślności… Mamy nadzieję, że prokuratura przedstawi im zarzuty. Zgodnie z polskim prawem maksymalnie grozić im mogą dwa lata. To trochę beznadziejna kara, ale to specyfika polskiego kodeksu karnego. Za głupotę szkoda karać więzieniem, bo to drogo kosztuje. Za głupotę należy karać pracą na cele społeczne/ publiczne.


Wajrak w Wyborczej pisze
, że na Spitsbergenie, ktoś, kto nie udowodni, że zabił w obronie własnej i że rzeczywiście niedźwiedź zagrażał jego życiu, jest skazywany przez norweskie władze na liczące tysiące dolarów grzywny i dożywotni zakaz wjazdu na archipelag. Kilka lat temu za winnego został uznany polarnik, który strzelił do niedźwiedzia atakującego psa. Stwierdzono, że obrona psa nie może być usprawiedliwieniem dla zabicia niedźwiedzia. Tamtejsze władze wychodzą z założenia, że nieznajomość zachowań niedźwiedzi, nieumiejętna ocena sytuacji, nerwy i emocje nie mogą tłumaczyć ich zabijania. To ich królestwo i wchodząc do niego, musimy wiedzieć, co robimy i jakie zasady w nim panują. Tak samo powinno być w Tatrach, które są jedną z ostatnich w naszym kraju ostoi niedźwiedzia brunatnego.

Ktoś kiedyś powiedział, że poziom społeczeństwa, mierzy się jego stosunkiem do zwierząt… No to mamy obraz tego poziomu.

2007/10/22

Wesoły nam dzień dziś nastał...

PiS odsunięto od koryta przy "niespodziewanej wręcz mobilizacji Polaków". Również się cieszymy z wyniku wyborów. Dziwi nas jednak "powszechna mobilizacja", jak to zostało nazwane. 54% to dużo? 80% to może by było o.k. Pięćdziesięciu to się trzeba wstydzić i nie ma co się szczycić, że Polacy w chwilach wielkiej próby potrafią się zmobilizować (to mitomania). Jak się spsociło, to trzeba się spinać... Dobry przykład dała Warszawa (73,78%). A za granicą frekwencja wyniosła 83,5%. Tyle, że za granicą wygrał... PiS (58,56%) wobec 33,07% dla Platformy. LiD za granicą dostał 4,92% Dziękujemy, że wyjechaliście! (na tę chwilę nie ma jeszcze wyników krajów nowej emigracji)

Pewnie nigdy nie przestanie nas zastanawiać, że po dwóch latach - jak to mówi rzeczniczka TVP [czy już jest na wypowiedzeniu?] - "obsrywania się", nadal znalazła się 32% grupa tumanów, zdolna legitymizować PiS i tak uzdrawiać kraj.....

Obserwujemy jednak symptomy szczęśliwości. Dziś rano w Urzędzie Skarbowym pani powiedziała na dzień dobry do petenta K. "Bardzo się cieszę z wyniku wyborów. Bo może nareszcie zwolnią tą głupią wariatkę, moją szefową. Przyjęli ją jak PiS wygrał wybory".

Dwa pytania powyborcze:
1. Czy jeszcze niestworzony rząd rozsadzi się od środka zapraszając do swego grona Jana Marię Rokitę?
2. Czy dzisiejsze "Wiadomości" staną się anty-pisowskie i pro-PO, żeby nie iść tak od razu na bezrobocie?


UPDATE 23/10/2207

Szczęśliwie po dodaniu wyników nowej emigracji PO wygrywa za granicą z PiSem ok. 58% do 28%. W USA natomiast PiS ma 67%!

2007/10/21

Życie na gorąco. Podglądamy wyborców.

Kazik Marcinkiewicz w zdemoralizowanym Londynie zaczął lubić kolor różowy. Wybiera już nawet takie taksówki. Czyżby dopadło go homoseksualne lobby? Co Londyn robi z bogobojnym człowiekiem pokazywaliśmy na przykładzie Hanki.

Mama Jadwiga na wybory wzięła syna. Z właściwym sobie wkurwem na życie wymalowanym na twarzy, pilnowała czy syn aby na pewno równo składa kartki.... Czy mały zasłuży? Czy obejrzy dziś Dobranockę i dostanie kolację?

Na warszawskiej Pradze, do Obwodowej Komisji nr 145 w pobliżu zoo, głos przyszedł oddać słoń. Przechodnie przystawali z uznaniem po drugiej stronie okna.

2007/10/19

Wymowna cisza wyborcza

Już dziś ogłaszamy wymowną ciszę wyborczą. W niedzielę polowanie.

2007/10/18

Kino wyborczego niepokoju





Film dedykowany marketingowcom LiDu i PO.

2007/10/16

Życie na gorąco. Skandale, plotki, anegdotki

Anegdotki
Ochoczo zasiedliśmy dziś do komputera, bo doniesiono nam, że posłanka Sobecka chętnie modli się w intencji innych i przyjmuje zamówienia w tej sprawie na swojej stronie internetowej. Czym prędzej udaliśmy się wirtualnie do Torunia, na stronę sobeckakompeel, aby prosić o boskie wstawiennictwo. Chcieliśmy sformułować intencję krótką, ale poważną: "żeby nasz męsko-męski związek trwał po wsze czasy w miłości, scementowany instytucją małżeństwa i wzbogacony gromadką adoptowanych dziatek". Po podaniu maila zwrotnego i wciśnięciu "wyślij" mieliśmy czekać na potwierdzenie przyjęcia prośby, nadania numeru i wyznaczenia daty realizacji. Ale się przeliczyliśmy. Okazało się, że posłanka osobiście nie modli się za osoby trzecie, a jedynie udostępnia link do skrzynki zawodowców. Postanowiliśmy więc odpuścić. Posłanka i tak by się nami nie zajmowała...


Skandale
Urzekła nas historia z życia rodu Kaczyńskich znaleziona na Pardonie:
Marta K. do życia publicznego weszła dając się sfotografować z mężem i córeczką na plakacie wyborczym swojego taty. Tata, Lech Kaczyński, został prezydentem głosząc m. in. hasła prorodzinne. Także w czasie swojej kadencji zapowiadał, że poprze inicjatywy na rzecz umocnienia rodziny. Marta K. w tym czasie się rozwiodła i wyszła powtórnie za mąż. Zdarza się. Były mąż chciał się widywać ze swoim dzieckiem. Marta K. odmówiła. Jako powód odmowy podała, że to nie jest dziecko jej byłego męża. Czyli po rozwodzie zaprzeczyła dotychczas uznawanemu ojcostwu".
"NIE" twierdzi, że
Marta Kaczyńska złożyła stosowny wniosek, który ma dowieść prawdziwości jej słów w prokuraturze w Sopocie, a ta zgodnie z prawem wystąpiła o zaprzeczenie ojcostwa w Sądzie Rejonowym w Sopocie. Sąd w tej sprawie jeszcze się nie wypowiedział.

Przyznamy szczerze, że gdybyśmy to my byli byłym mężem Martusi i gdyby to nam wywinęła taki numer, pewnie rozerwalibyśmy ją na strzępy. I nie chodzi o to, że mąż nie był dawcą materiału genetycznego, tylko o to, w co wierzył przez kilka lat.... Współczujemy.... Cóż, zawsze powtarzamy, że o upadku rodziny i konieczności ochrony rodziny najgłośniej krzyczą te rodziny, które same są wątpliwej jakości.


Plotki
Znaleźliśmy zapowiedź najnowszej książki Żurawieckiego:
"Bohater powieści zakłada sobie profil w gejowskim portalu randkowym, za pośrednictwem którego nawiązuje liczne znajomości i romanse"
No słyszeliśmy, że nieroztropne zachowanie w otoczeniu Bartka można przypłacić odnalezieniem się w książce ("Trzech panów w łóżku, nie licząc kota") Tylko bardzo nas ciekawi, jak randkowy Bartoch przesiewał, że do książki zakwalifikowało się tylko 66 kandydatów. Czekamy z niecierpliwością na rozwiązanie zagadki.

No i jakoś na zakończenie:
"Znany z bezpardonowych ataków na politycznych rywali poseł PiS [zwany bulerierem - przyp. KiK] złagodniał. Wszystko za sprawą swojego nowo narodzonego synka Olgierda
Syn Kurskiego urodził się w gdańskim szpitalu, poród odbył się przez cesarskie cięcie. Junior ważył 3,7 kilograma i miał 56 centymetrów. To moje oczko w głowie - powiedział gazecie poseł PiS." -donosi Pardon.
A co z licencjami na rozmnażanie niebezpiecznych gatunków?

2007/10/13

Bang, bang, Lucky Jerry

Obejrzeliśmy wczorajszą debatę. "Donaldu Tusku" okazał sie mieć jaja przez tę godzinę. Co to tym razem za wirus, że był taki nakręcony?

Podobało nam się, że Pan Donald dołożył synowi Jadwigi. Marketingowcom premiera wyszło zaś, że używanie imienia "Donald", wciąż (jeszcze?, ponownie?) może ośmieszyć przeciwnika, więc było "panie Donaldzie" i "panie Donaldzie". Że też PanuDonaldu nie wpadł na pomysł, że należy się odwzajemnić pytaniem o to, jak do premiera woła mama! "Jaruś, Jareczku, kiwi czeka!"

Właśnie wespół z Tomkiem, pochłaniając obiad w stołówce SWPSu (ceny jak z kosmosu), mieliśmy chwile zwątpienia, czy aby nie zagłosować na PO wobec dobrego występu (i beznadziejności wcześniejszego i kolejnych występu Kwacha i LiD). Przemawia za tym fakt, że dużo człowiek jest w stanie zrobić, żeby PiS nie dostało większości... Nawet kosztem dyskomfortu z własnego wyboru.

Po konsumpcji stwierdzamy jednak, że KiK nie mogą zagłosować na PO. Tusku był w formie, ale nie możemy głosować na partię prawicową w polskim wydaniu. Nie możemy głosować na jedynie katolicką wizje rzeczywistości, na partię, która nie widzi za stosowne nawet puścić oka do mniejszości seksualnych, nie mówiąc o zrobieniu czegoś dla nich... Nie możemy głosować na partię, która wydaje się liberalna tylko dla tego, że jest otoczona mnogością głosów fundamentalistów. No więc, póki się to nie zmieni, będziemy za LiDem i jego mutacjami, bo mają dla nas wstęp do oferty lewicowej światopoglądowo (a gospodarczo się nie różnią).

W ramach siania przestrachu i rozrywki należy przypomnieć fragment debaty o małym pistoleciku małego syneczka:

Podczas debaty Donald Tusk przypomniał, że wiele lat temu, kiedy Jarosław Kaczyński był szefem PC, spotkali się obaj w windzie w Sejmie, a Kaczyński "wyciągnął broń" i powiedział: "Dla mnie ciebie zabić to jak splunąć".

Po debacie na konferencji prasowej Jarosław Kaczyński jednocześnie zaprzeczał i potwierdzał - Nigdy czegoś takiego nie było. Tusk ma radykalne kłopoty z pamięcią. Było kiedyś takie wydarzenie, ale zupełnie inne. Oczywiście nie powiedziałem, że zabić go tak jak splunąć. Nie mówiąc, że przypominanie sobie ówczesnych rozmów honorowe nie jest. Ale takiego faktu nie było. Tak, w tych czasach miałem taki malutki pistolecik, rzeczywiście.

2007/10/12

Wielkie nudy w cieniu filipinki

Ostatnio siedzimy ciszej. To dlatego, że schowaliśmy się głęboko ze strachu przed filipińską chorobą Kwaśniewskiego. Mogła być to epidemia, jakiej od czasu przywleczenia francy świat nie widział. Choroba powinna zostać nazwana jakoś na wzór tamtej. Może filipinka?? Właśnie się o okazało, że podobne oznaki - co filipinka - powoduje woda ognista, więc strach nam minął, bo wirus to nie był.

Zastanawia nas jednak czyżby-choroba alkoholowa Kwaśniewskiego i strategia marketingowa. Sam alkoholizm K. nie jest ani przerażający ani dyskwalifikujący LiD. Alkoholików żyje w Polsce jakieś 700-800 tysięcy (wg PARPA), problem więc jest całkiem częsty. Dotyka całkiem często również dziewczynki i chłopców z dobrych domów, jak i poważne panie i poważnych panów. Trzeba go leczyć, a nie twierdzić, że jest niegodny. Dziwne jest jednak, że LiD nie pomyślał o tym, że Kwacha z powodów wizerunkowych należy szybko schować. Uczynić nieosiągalnym i niedostępnym - poza kontaktem. Ubrać wszystko w niezbędną terapię niedyspozycji i uczynić trudnym rozwianie wątpliwości wokół prawdziwości tej przypadłości. Po co to zaklinanie się na wirusa i zapewnienia o prawdomówności?? PiaRowcu i Marketingowcu LiDu, jeśli się tu zabłąkałeś przypadkiem, pójdź po rozum do głowy i oddaj dyplom potwierdzający Twoją biegłość w tej sztuce...

A tak poza tym, to nie mamy o czym pisać. Nie dzieje się absolutnie nic. Kampania w toku, ale nic nie znaczy. Nie używamy telewizora [A na Youtubie nam się nie chce ich śledzić], więc nie mamy wiedzy, żeby wypowiadać się o spotach. Gazety w rubryce "kraj" nas nudzą i też nie wiemy, kto puścił większego pawia i czyj kloc się bardziej błyszczy. Bo i przecież nic poważniejszego się tam nie mówi i pokazuje...
**
Rażeni szokiem termicznym po powrocie z Włoch, postanowiliśmy się wynieść. Wyemigrować. Jeśli nie Antypody, to Hiszpania. Za jakieś trzy lata, jeśli efekt cieplarniany nie uczyni naszego planowania niepotrzebnym :-)

Ps. Szkoły w całym kraju rozkazały pisać wypracowania o Katyniu. Sądzimy tak po hasłach wywołujących z wyszukiwarek. Skonsternował nas podtytuł jednegoj: "czy musiało ich to spotkać..." Bez komentarza. Mamy nadzieje, że nasz post o filmie Wajdy okaże sie pomocny.

2007/10/09

Rodzice, dzieci, homoseksualizm

Dziś notka wyłącznie dla gejów i lesbijek.

Polecamy ostatni numer "Więzi"[10/2007]. Poświęcony jest zmaganiu się rodziców z dziećmi homoseksualnymi, zmaganiu się homoseksualnych dzieci z rodzicami tudzież zmaganiu się z homoseksualizmem ogólnie. Warto przeczytać samemu i również podesłać rodzicom, jeśli trzeba (a nawet jeśli nie trzeba, to i tak warto dla rozszerzenia horyzontów).

Numer przywołuje sporo wypowiedzi rodziców o swoich przeżyciach, kiedy posiedli wiedzę o orientacji swoich dzieci. Ma też kilka mądrych wywiadów z terapeutami. Zdaje się dostrzegać, iż owa aktywność homoseksualna nie sprowadza się tylko do aktywności seksualnej, ale jest psychoseksualna.Wyraźnie stwierdza, że nie ma czegoś takiego, jak zmiana orientacji z homoseksualnej na heteroseksualną, bo odróżnia fakt, że zaprzestanie aktywności homoseksualnych, a nawet podjęcie aktywności heteroseksualnej, nie jest wyleczeniem, a najwyżej dobrowolnym samozobowiązaniem (na takiej zasadzie, jak chętni mogą zdecydować o życiu w celibacie, co jest prawem jednostki). Dostrzega kwestie, że niektórym gejom może być potrzebna pomoc terapeutyczna z różnych "ludzkich" powodów, również z powodu nieakceptowania siebie i jej scenariusze mogą być różne (również takie, żeby próbować wycofać się z życia seksualnego, jeśli tego chce homoseksualny klient). Dostrzega wreszcie fakt, że rodzicom nieumiejącym zaakceptować homoseksualizmu dzieci też potrzebna jest pomoc terapeutyczna, bo może oprócz konfliktu wartości, nie umieją zaakceptować autonomii dzieci czy poskromić swoich wybujałych roszczeń wobec nich.

Trzeba zauważyć, że "Więź" jest czasopismem katolickim. Zazwyczaj przyzwyczajeni jesteśmy do głupawych i ideologicznych wynurzeń fanatyków religijnych (pijemy np. do bloga zbawionych "homoseks", ale nie będziemy mu robić reklamy linkiem). Tym razem jest inaczej. Ten katolicki głos jest mądry i wyważony. Nawet jeśli miejscami widzimy tam trochę [dla nas] paplaniny o wartościach katolickich, to rozumiemy, że nie my jesteśmy adresatami tych rozterek, a ciężar dyskusji jest skierowany nie na "ich propagandę" i konieczność reedukacji, ale na konflikt i nieumiejętność współwystępowania dwóch światopoglądów, gdzie oba są równouprawnione, a wzajemny szacunek nie powinien być pustosłowiem.

2007/10/07

O aborcji kadrów kilka

Wybraliśmy się do kina na "4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni" (laurata Złotej Palmy w Cannes). Rzecz dzieje się w 1987 w Rumunii, za obowiązywania nacjonalistycznego dekretu Ceausescu o całkowitym zakazie wykonywania aborcji (Rumunia miała być wielka i ludna, za zabieg karano niedoszłą matkę i osobę wykonującą). Cóż powiedzieć....niemal dwie godziny ciężkiej psychodeli o aborcji wykonywanej w wielkiej konspiracji, bogatej w naturalistyczne sceny . Vera Drake była przy tej produkcji rodzinnym filmem obyczajowym... Jedyne, co temu filmowi można zarzucić to, to, że dobrze się skończył. Podobno w kraju tym zmarło 500 tysięcy kobiet z powodu braku dostępu do bezpiecznej aborcji (a ciekawe ile zostało okaleczonych, pozbawionych możliwości posiadania dzieci w przyszłości, że nie wspomnimy o braku znieczulenia). Zwolennicy zakazu pewnie powiedzą, że same tego chciały... Popełniły - ich językiem - morderstwo poczętego, więc nie ma winy bez kary... Ich jednak prawdziwe życie ludzkie nie obchodzi, liczą się dogmaty religijne.

Pomyśleliśmy, że ten film powinien być w szkołach. Obowiązkowo na religii. Zamiast zmanipulowanego Niemego Krzyku. A zamiast wystaw sugestywnie powiększonych zdjęć wyabortowanych płodów, powinno wystawiać się zdjęcia ofiar nieprofesjonalnej aborcji: tych wykonanych szprychą, wieszakiem i tych prawdziwymi, ale brudnymi narzędziami. Żeby wiadomo było do czego prowadzą zakazy i dogmatyzm, jak powstaje podziemie aborcyjne i jakie oblicza ma cierpienie.

Z ziemi włoskiej do Wolski

No i wrócilismy. Kilka zdjęć z podróży...

W Wenecji mieliśmy niesamowity widok z łóżka ;-)

Sezon turystyczny już się skończył. 25 stopni w cieniu, niebo błękitne niczym to w hotelu, Adriatyk cieplejszy niż Bałtyk w sierpniu, ale na plaży Lido di Venezia tylko mewy.

Stoi tam też pomnik... Że też mieszkańcy miasta w państwie targanym rozbiciami, wojnami i powstaniami nie są dumni ze swojej historii i nie chcą jakiegoś powstańca czy dzielnego wojaka, a zamiast tego stawiają małpę z genitaliami na wierzchu!
Miasto wróciło do codziennych zajęć.. Buja, nie buja, dostawę trzeba zrobić.

Jeśli nie buja, w drodze do sklepu, można poszydełkować.Potem pranie...
... a wieczorem, po kolacji, czas na ulubiony serial "A come Amore" Przy okazji spotkaliśmy Królową Gołębi.

A 40 minut tramwajem wodnym na północ od laguny, odkryliśmy magiczną wysepkę Burano z malutkimi domkami w krzykliwych kolorach. Mieszka tam wędrowne plemię Indian.
W Mediolanie odczuwa się poważny niedostatek zieleni miejskiej, więc mieszkańcy urządzają sobie parki na dachach.Miasto mody... Najciekawsze są obrażające moralność wystawy.... Poniżej "Lick me". Zgadnijcie jaka była "Drink me"...
Co na wystawie, to i na ulicy. W tym sezonie przedstawiciele płci obojga powinni nosić za długie spodnie, nisko opuszczone, pofałdowane nad butami. Im węższe spodnie tym lepiej ;-)

W kwadracie mody nie ma gdzie zaparkować.

Panowie Dolce i Gabbana na wieczór proponują taką kreację [kiecka 4000 Euro, pasek 950 Euro, można płacić kartą:-) ]

2007/10/01

Zamknięte

W tym tygodniu zamknięte z powodu urlopu.

2007/09/30

Katyń: straszny film

Mając nadzieję na solidną dawkę historii, wybraliśmy się na Katyń Wajdy. Wyszliśmy zdruzgotani... Tak beznadziejnego filmu dawno nie widzieliśmy.

Myśleliśmy, że to będzie film o zbrodni. Ale był to film o żałobie kilku żon zamordowanych oficerów. Myśleliśmy, że będzie to film o historii, ale były tam tylko jej elementy dowolnie wybrane.

Superprodukcja idealizuje zamordowanych bohaterów. W filmie oficerowie poszli na śmierć, mimo że mogli łatwo uciec. Ale nie uciekli, bo byli szlachetni i przysięgali służbę ojczyźnie. A przysięga ta była bardziej ważna od przysięgi małżeńskiej. W imię ojczyzny odsyła Żmijewski więc zrozpaczoną żonę (Ostaszewską), która przyjechała go odnaleźć. Bo oni są jeńcami i swój kodeks mają. Ucieczki jednak się zdarzały...

Superprodukcja operuje na dylematach moralnych ucznia pierwszej klasy liceum, który ma napisać rozprawkę "prawda czy konformizm". Cytat z Antygony był tam szczytem tandety. Od razu widać, kto jest dobry, a kto sprzedajny. Niby nic się nie mówi, ale i tak wiadomo, że należy iść do więzienia za idee, zamiast ustępstwami budować nową rzeczywistość. Jak w tym kraju przez 50 lat funkcjonowała komuna przy takim gloryfikowaniu ideowości?

Superprodukcja kultywuje mit Polski uciskanej. Raz nas Niemcy, raz nas Ruskie. Wielka krzywda historyczna bije z ekranu. Etos rycerski jest pielęgnowany nawet w niewoli, gdzie broń się składa dopiero "przed samym sobą, a nie przed wrogiem". Epizod Pilota -Małaszyńskiego, który coś krytykuje, wytyka błędy, kwestionuje te założenia wskazuje, "że coś z nim nie tak" i ukojenia ma szukać, jeśli nie w idei, to w różańcu.

Superprodukcja jest nijaka. Rozmawia się tam o niczym. Pokazuje dużo nieznaczącego, ale jak już pada pytanie natury egzystencjalnej, to słychać jęk, bo ono nie jest na wytrzymałość normalnego i zrównoważonego człowieka. Nie jest nawet na jego zainteresowanie, jednak bohater nie jest zwykłym człowiekiem lecz Wallenrodem. Właściwie to trudno nam pisać, bo z całego filmu pamiętamy kilka scen po wyabstrahowaniu zupełnie ze sobą niepowiązanych, a reszta jest tak żadna, że z pamięci umyka. A wszystko po to, żeby w ostatniej scenie wziąć widza żywcem i zmrozić go, fundując mu wyciskacz łez w postaci rozwalania czachy oficerom nad dołami pełnymi jeszcze ciepłych trupów, jeśli trzeba dla pewności dobijanych bagnetem, zanim spycharka wyrówna teren. Jak ktoś za 10 lat zapyta czy widzieliśmy "Katyń", to pomniemy rzeź i odpowiemy twierdząco. Tylko czy będziemy pamiętać, kto do kogo i dlaczego strzelał, po co i jak maskowano tę zbrodnię? Niekoniecznie!

Pierwsza refleksja po wyjściu z kina była taka: "kto sobie co prywatnego chciał tym filmem załatwić"? Odpowiedź prosta: Wajda stracił tam ojca, Ostaszewska pradziadka, Penderecki wuja. W temacie, który do dziś nie jest załatwiony, w kraju, gdzie przez 50 lat szerzono kłamstwo historyczne, a w szkole sprawę pomijano lub uczono nie tak, robienie na ten temat taniego i płytkiego kina emocji jest po prostu nie w porządku. Tu by się przydał jakiś paradokument w stylu Moore'a. Nawet ubarwiony, ale z solidną dawką informacji.

***

Kiedy oglądamy filmy o Holocauście albo czytamy np. Hannę Krall, przede wszystkim dowiadujemy się "czegoś". Czegoś o narodzie, czegoś o fragmencie historii, czegoś o losach ludzkich. Jest tam wielka krzywda i trauma. Nie ma jednak banalności, płytkich acz nierozwiązalnych dylematów, etykiet znanych z polskiego kina historycznego. To kwestia osadzenia w kodach kulturowych, która narzuca nam- odbiorcom takie proste interpretacje czy sposobu przedstawiania wydarzeń?

2007/09/27

Zbliża się dzień godności

...kiedy jedziemy na krótkie wakacje. Ale nie o tym, bo zafrapowało nas co innego: zbliża się Siódmy Dzień Papieski. "Plakaty ze zdjęciami papieża Jana Pawła II rozmawiającego z Ali Agcą pojawią się niebawem w polskich miastach". Hasłem dnia będzie: "Jan Paweł II - Obrońca Godności Człowieka".

Bosko aż diabli ;-) Ale najfajniejsze dopiero dalej:

"Nikt nie mógł się czuć wyłączony z pasterskiej troski Ojca Świętego - wyjaśnił wczoraj dziennikarzom genezę hasła abp Tadeusz Gocłowski. Dlatego na ilustrację tegorocznego przesłania wybrano zdjęcie przedstawiające papieża z Ali Agcą" - czytamy i myślimy sobie: "Jakież to wielkie i wspaniałomyślne." Ach i och. Boże, jak on musiał się męczeńsko troszczyć o godność - dajmy na ten przykład - takiej p. Alicji Tysiąc... Musimy chyba wziąć wolne w ten siódmy dzień. Mamy nadzieję, że nie przypadnie w niedzielę.

Wiemy, że nikt nie mógł się "czuć wyłączony z pasterskiej troski" papy. Choćby nie wiem, jak chciał. Choćby nie wiem, jak sobie jej wypraszał, nie mógł. No normalnie nie dawało rady. Zawsze dosięgały go jego modły. I bezpośrednio, przez TV, radio i gazety, i pośrednio, przez czyny członków mundurowych i cywilnych jego organizacji. No i jeszcze przez książki, które zdarzyło mu się popełnić. Był jednak kiepskim menedżerem, więc za jego pontyfikatu rzesze jego organizacji skurczyły się najbardziej w całej jej historii. A i konta uszczuplono licznymi odszkodowaniami. Czyżby była szansa na odwilż?

Zbliża sie też inny dzień. Pierwszy, dla odmiany. Dopiero za kilka lat, ale idzie. EPOA, organizacja zrzeszająca organizatorów parad LGBT, zdecydowała się przyznać Europaradę 2010 Warszawie. Ola Boga, co to będzie! I czy aby ten dzień nie przypadnie pół roku przed i pół roku po Dziesiątym Dniu Papieskim. Gdyby tak, to byłaby to profanacja i świętokradztwo. Zbrukana godność wszelkiego człeka, a jego wartości zgwałcone. Co czeka stolicę ojczyzny papieża, kiedy najedzie ją kilkadziesiąt tysięcy europejskich sodomitów? [2,5 miliona było w Madrycie, ale powiedzmy wyprawa na wschód jest mniej atrakcyjna i bezpieczna.] Dzieci zinternalizują negatywne wzorce, bo rodzice będą musieli wyjaśnić, kto tak hałasuje na ulicach. Nastanie sodoma, bo nie mamy tylu hoteli, gdzie by mogli przenocować. Przecież nawet stadion narodowy nie będzie gotowy, żeby rozstawić łóżka polowe. Nie odkupimy win stolicy, bo nie ukończą też Świątyni Opatrzności, żeby się za nich i ich występki przeciw porządkowi porządnie wymodlić! A do tego, gdzie będą wydawać te swoje różowe pieniądze? Nie mamy przecież salonów Dolce i Gabbany ani Versace.

2007/09/25

Za komuchów było lepiej

Pierwsza mądra rzecz z ust Nelly:

"Za komuchów to było lepiej - takie były głosy. I możliwe, że dla kobiet to było za komuchów lepiej. Bez wątpienia, nawet się zgodzę, że w jakiś sposób tak: aborcja była dozwolona, pani mogła być traktorzystką i gwiazdą mogła być."

Nie, żebyśmy chcieli mieć komuchów ponownie (ale czy komuchy czy kaczory, to wszo jedno), ale to pradwa. A dlaczego? Bo tamten system nie uznawał w oficjalnym biegu katolicyzmu, czyli jednej z najbardziej opresyjnych ideologii wszech czasów. To ta religia miłując kobietę i fundując jej szacunek, wskazuje, iż jej funkcją jest prokreacja i poświęcenie dla rodziny. Czyli jest takim inkubatorem. Albo maciorą, jak kto woli. A jak która nie chce, to coś z nią nie tak, bo nie realizuje planu stwórcy i trzeba ją poddać reedukującej presji otoczenia.

Za komuchów mogła być traktorzystką albo gwiazdą, obok faktu możności rozporządzania własnym brzuchem. Może nie wynikało to z autentycznego poszanowania dla idei, na których zasadzał się ten ustrój i godności, a głównie z zapotrzebowania na siłę roboczą, ale wtedy godność nikogo nie była w cenie, bez względu na płeć. Ustrój tamten jednak bardziej niż kapitalizm dbał o socjalne zaplecze i dla matek, i dla ich dzieci.

PiS albo... śmierdź!

We "Wprost" najpoczytniejszym tygodniku opinii (szczęśliwie tylko dzięki gratisowej płycie Propaganda PRLu, dzięki której trafił też na nasza kanapę) mogliśmy przeczytać kilka ciekawych rzeczy. Między innymi list od P R A W D Z I W E G O wyborcy PiS. Jakoś łaska boża oszczędziła nam w otoczeniu takich stworzeń, a telewizora nie używamy, więc dotychczas wiedzę o nich musieliśmy czerpać z mądrych wypowiedzi, tudzież posiłkować się mądrością własną. Do dziś! Ów kwaczysta pisze... w sumie nic nowego, ale jaka to frajda, zażyć żywego języka...:

"Frekwencja w tych wyborach przekroczy oczekiwania. Wiem to z szemranej propagandy prowadzonej w warszawskim autobusie. Do wyborów ruszą grupy społeczne, o jakich nam się nie śniło. (...) W autobusie linii 525 rozmawiało dwóch klientów systemu penitencjarnego, (...) „Załatw to sobie jak Kaczmarek" i „Kaczyńskiemu i Ziobrze też noga się w końcu powinie”. Obaj zadeklarowali, że trzeba iść do wyborów, bo jak nie, to odsiadka. (...) Do wyborów pójdą i agentki z agencji wraz z sutenerami, i gangsterzy. Na mniejszości zawsze można liczyć. Przyszły Sejm uchwali amnestie, eutanazję, aborcję, małżeństwa wiadomo jakie, zalegalizuje prostytucję i narkotyki, by zapanowała powszechna szczęśliwość. Idę do wyborów i spokojnie zagłosuję, zgadnijcie na kogo. Taki mój kwaczy los."

Oj, brzydko pachnie Rywinlandem. Świat się kwaczyście wali... Przestępcy jawnie obmyślają chytry plan zemsty w jego autobusie 525. Głosem nad urną zbuntują się też siły ciemnej strony mocy: agentki (którego słowa wstydził się autor użyć: "kurwa" czy "prostytutka"?) i mniejszości (jakie, tego wstydliwie nie doprecyzowano). Wszystko to, żeby promować przestępców, spedalić rodzinę, młodzież odurzać i wysyłać pod latarnię, no i ostatecznie wyskrobywać nienarodzonych Polaków. Nie pozostaje mu nic innego jak zakrzyknąć: PiS albo eutanazja (śmierć)!

W następnym tygodniu (o ile będzie płyta) czekamy na jęki wysiedlanych Polaków z ziem odzyskanych, bankrutów po wprowadzeniu Euro i rolników wściekłych z powodu zalewu polskich salonów ananasami.

****
Posłowie

A my załamywaliśmy rączki, że kampania jest niemerytoryczna, bazuje na emocjach i lękach. No bo jak może być inna? Na takie lęki żaden przekaz poza emocjonalny nie jest skuteczny. No, chyba, że będzie jeszcze bardziej horrorowaty i wyciągnie najgłębiej schowane w psychice upiory. Szkoda jednak się w tym ścigać, bo PiS jest tu mistrzem, a pozostałe 65% mniej lub bardziej zdrowych wyborców oddpadnie i dalsza gra w te klocki okaże się niewarta świeczki. Ta stracona 35 procentowa część Polaków już swoje panaceum znalazła, a jeśli dawkę strachu trzeba będzie zwiększyć, to ich terapeuta to zrobi. LiDowi i PO, zamiast niepotrzebne odbijanie pałeczki PiSu i wykrywanie oszczerstw i konfabulacji, polecamy skupić sie na grupach, które w wyborach do tej pory nie uczestniczyły. Również na ciemnej stronie mocy.

2007/09/24

Partia Chłopcuf

Na Wykopie znaleźliśmy alternatywę dla Partii Kobiet. Partia Chłopcuf prezentuje sie równie nieciekawie:

Przypominamy przy okazji plakat partii Gretkowskiej:


2007/09/23

Łódź wymarła

Przez weekend bawiliśmy w Łodzi na weselu znajomych. O samym weselu może kiedy indziej, bo jeszcze przetwarzamy to, co widzieliśmy i czego nie widzieliśmy. Dziś o Łodzi, w której jeden studiował, a z której drugi wyjechał na studia i na zawsze.

Na nasze stare śmieci dojechaliśmy najnowocześniejszym pociągiem w Polsce. Pośpiesznym "Prząśniczka". Podróż miejskim Ikarusem (o ile ma się miejsce siedzące) jest w porównaniu z nim szczytem wygody. A to za sprawą siedzeń o wyjątkowo nieanatomicznych kształtach (chociaż może to wynik konsultacji ortopedycznych z troski o kręgosłupy podróżnych: oparcia pod kątem prostym z mocnym wybrzuszeniem w części lędźwiowej) i ściśniętych bardziej niż w samolotach Ryanaira. Dodatkowo podłokietniki tych foteli są długości i grubości parówki, a nie da się ich odgiąć, więc po 5 minutach parówka chce nam przedziurawić przedramię. "Prząśniczka" śmierdziała. Ale nie z winy PKP, tylko jednego z pasażerów, który po zlokalizowaniu, skłonił nas do przenosin o jakieś 40 rzędów dalej (bezprzedziałowy!). Fotele jednak nie mają pokrowców na zagłówkach, więc cząstkę fauny i flory głowy tego pasażera mogą pobrać kolejni, którzy tam usiądą (chociaż nie wiemy czy PKP ma w zwyczaju pranie zagłówków nawet w tych pociągach, w których przewidziano ten luksus). Trzeba jedna przyznać, że pociąg jest cichutki (szybki jeszcze nie, bo trwa remont torów) i ma klimę.

Przyjechaliśmy. Dw. Fabryczny od lat ten sam. Nie wyróżnia się od innych dworców, ale za kilka lat ma się to zmienić. Przeszliśmy tłumnie oblegany park Moniuszki: kiedyś przez łódzkich gejów jako miejsce schadzek wykluczonych (miejsce żywcem wyjęte z "Lubiewa" Witkowskiego), teraz przejęte przez miejscową żulernię, której wyrazistością nie może się poszczycić nawet złoty trójkąt na warszawskej Pradze.

Doszliśmy do "prawdziwego" centrum. Sobota, popołudnie i słońce. Mijaliśmy ulice prawie zupełnie puste. Może przyzwyczailiśmy się do stołecznych tłumów, ale łódzkie wyludnienie było aż nienaturalne. Nawet Piotrkowska świeciła pustkami....

Gdzie się podziali wszyscy? Pewnie w Manufakturze. To naprawdę ładne centrum handlowe urządzone w zabytkowym kompleksie fabrykanta Izraela Poznańskiego. Władze miasta były bardzo dumne z tego przedsięwzięcia i piarowo mu sprzyjały. Nie wiemy czy zdawały sobie jednak sprawę, że otwarcie tego "miasta w mieście", odbierze funkcje miejskie prawdziwemu miastu. I tak się chyba stało. A szkoda, bo śródmieście Łodzi to jedno z ładniejszych miast w Polsce, ze zwartą zabudową kamienic i minimalna ilością socrealnych i PRLowskich plomb. Tyle, że w całkowitej ruinie, zamieszkiwane przez "element". Może stąd fascynacja Łodzią Davida Lyncha, który w końcu sielskich obrazków nie kręci...

Pietryna zdechła... Nie dość, że nie ma gdzie parkować, w bramach straszno, to jeszcze nic się tam nie dzieje. Kiedy byliśmy tam przedostatni raz w sierpniu, natknęliśmy się na mizerny seans odgrzewanych kotletów "kina pod gwiazdami" na ekranie wielkości dwóch telewizorów.... Czymże to jest w porównaniu z seansami w Manufakturze... Po wizycie w kilku miejscach, w których nie dało się rozmawiać z powodu dudniącej muzyki, ostatecznie zabrano nas, żeby pokazać rynek... Manufaktury, która stała się dumą łodzian. I na przykład popykać w ogródku sziszę z przyjemnie sączącą się muzyką w tle lub z głośniejszym popisem dja w środku. Cóż gorączka sobotniej nocy w centrum handlowym... Pewnie, gdyby [Warsaw] Summer Jazz Days miały miejsce w Łodzi, to również w Manufakturze.

Mamy wrażenie, że brak pieniędzy to tylko kawałek problemu w przypadku słynnej Piotrkowskiej. Przede wszystkim to brak pomysłów i samej wizji. Potrzeba tylko trochę "marketingu miejsca", jaki tworzą marketingowcy centrów handlowych. Nie ma ludzi kompetentnych w urzędzie? Można zatrudnić agencję...

Póki co, jeśli ktoś się nie zmieści w Manufakturze, to może je znajdzie w starszej Galerii Łódzkiej, bo ktoś miał pomysł, żeby Piotrkowska kończyła się i zaczynała wielkimi centrami handlowymi.

2007/09/22

Słowo na niedzielę

Przyszło pocztą :-)


Wśród polityków i partii nie ma żadnej opcji, którą moglibyśmy obdarzyć sympatią i poczuć, że mówi naszym głosem. To pewnie uczucie, które żywi w tym momencie większość wyborców. Zawsze jednak można wybrać opcję najbliższą lub najmniejsze zło. Bo niegłosowanie, kiedy można, to obciach, a głos nieważny jest równie wartościowy, co zeszłoroczny śnieg.

2007/09/18

Big Sister, Gay Brother

A tego, to się nie spodziewaliśmy... 1675 edycja Big Brothera zafundowała widzom lesbijkę i czyżby-geja. Brawa dla Magdy za odwagę. Pytanie czy TV4 postanowiło krzewić tolerancję czy łatwo podnieść sobie oglądalność dzięki ewentualnym jatkom w klatce?




Czyżby-gej katalizuje znaczące procesy w tej grupce. Widać na nim znakomicie mechanizm działania homofobii: nieco delikatny koleś, z gejowsko uczesanym włosem, jest w stanie wywołać niebywałą agresję okolicznych rosłych samców w sposób samoistny. Nie dlatego, że może jest niezbyt bystry, a może niezbyt towarzyski. Dlatego, że "on musi być pedałem". A jeśli nie, to niech udowodni, że jest prawdziwym mężczyzną, godnym akceptacji: "A może byś ją zgwałcił [Magdę]" - niby tak żartobliwie zaproponował na początku poniższego filmiku prawdziwy, 100 % heteroseksualny mężczyzna.


Inny jurny samczyk przybliża nam uroki małej miejscowości gdzieś na zadupiu: "W mojej miejscowości, to by ktoś go w du... wyr...". Nie wiemy czy przemawiał w imieniu swoim czy może kolegów, z którymi po meczu bierze prysznic, przy okazji porównując ukradkiem długość swoich siusiaków. Wypowiedź nosi znamiona nieco nachalnej i niechcianej fantazji (czy to własnej, czy grupowej), która wyparta jest źródłem potężnej agresji.


Panowie - uczestnicy, chyba musicie się zacząć bać o swoje tyłki, jeśli go "nie wyeksmitują" po najbliższych nominacjach, to może z wami jeszcze pomieszkać... Jak wy się wtedy będziecie poruszać po tych pokojach?!

2007/09/17

ein Volk, ein Reich und ein Kaczorführer

Führer Kaczyński i jego piSS-Waffen musi zwyciężyć, by "w Rzeczypospolitej Polskiej, żył jeden naród polski, a nie różne narody" - przeczytaliśmy odnośnie konwencji tej nazipartei w Białymstoku.

To chyba tak w ramach "za co lubić Polskę" z poprzednich dwóch postów.

Ten Übermensch miał czelność wygłosić to stwierdzenie w głównym mieście regionu, w którym żyje duża mniejszość białoruska i rosyjska.

Czy po zwycięstwie budowa pierwszego Konzentrazionlager ruszy szybciej niż budowa stadionu?

Ps. Marysiu Kaczyńsko! Prosimy oszczędź życie biednej Czeczenki i pozwól jej jechać z Polski byle dalej. Nie uszczęśliwiaj jej statusem uchodźcy.

Ps 2. Przerażające jest to, że tak haniebne sformułowanie przeszło niemal bez echa...

Wczorajszy patriotyzm jutra

W weekendowej Rzeczpospolitej pojawił się tekst Terlikowskiego o patriotyzmie. Było to ewidentne krytyczne nawiązanie do "nihilistów" biorących udział w debacie Gazety na ten temat. Raz i wtóry zdarzyło nam się tu wygłosić opinię, że nie lubimy Polski, a nawet zdradzamy pewne symptomy polonofobii, więc rozwiniemy nieco temat.

Na początku chyba trzeba zauważyć, że słowo na "p" jest ostatnio bardzo modne i często używane. Nieustannie coś jest "p", albo nie jest, X. jest "p" przez wielkie "P", a Z. wcale. Raz "p" jest prymitywnym nacjonalizmem lub militaryzmem, innym razem wielką wartością i cnotą. Panowie K. oczywiście tytułują się wielkimi "P".

Sprawa wygląda nieco podejrzanie, bo ilość nawiązań do patriotyzmu i postawy patriotycznej wskazuje jednak, że albo w przyrodzie prawie nie występują, albo ciężko społeczeństwu uzgodnić, co nim jest. Może dlatego mamy wrażenie, że patriotyzm jest u nas trochę frazesem, który nic nie znaczy, albo z którego nic rzeczywistego nie wynika, więc trzeba o nim mówić i go propagować, żeby nie znikł całkowicie. Powstaje jednak ten problem, że przy kiepskiej kondycji współczesnej polskiej tożsamości zbiorowej, ów frazes nie ma się na czym zahaczyć. Jeśli nie we współczesności, musi więc szukać w przeszłości. Przeszłe historie integrują, dają zbiorowości korzenie i coś wokół czego kształtuje się "my". Urastają zatem do rangi mitów. Raz o wielkich dokonaniach i dzielnych przodkach (na Wiedeń! Lub o innych Cudach nad Wisłą), innym razem o jeszcze większych krzywdach (zaborcy, Jałta), wrogach (Niemcy), najeźdźcach (Ruskie), którzy uciskając, jednoczą. I tak zapożyczona tożsamość z czasów przeszłych zastępuje współczesną. Bo jaka ma być ta tożsamość? Bezrobotna? Popegeerowska? Zasiłkowa? 1200 brutto? Toruńsko-maryjna? No w najlepszym wypadku wadowicko-watykańsko-kremówkowa...

Co w ogóle oznacza modne słowo w kryzysie na "p"?
- miłość do ojczyzny i poczucie silnej więzi z własnym narodem, połączone z gotowością poświęcenia się dla ich dobra, przy równoczesnym poszanowaniu innych narodów.

Tak ujmując sprawę, patriotami nie jesteśmy. I nawet przez głowę nam nie przyszło, żeby być. "To nie jest jakieś arcyfajne miejsce - Polska. Lubię tu wielu ludzi, wiele miejsc, mogę się zapatrzyć na drzewa, niebo. Uwielbiam język polski, jest piękny. Ale to jeszcze za mało, żeby oddawać życie za ojczyznę." - mówi Nosowska. Bo niby co miałoby nas motywować do takiej miłości ojczyzny, żeby pójść w kamasze? To musiałaby być jakaś magiczna idea, ale... taka nigdy się nie urodziła...

Nie wyjechaliśmy z Polski, bo nie mamy takiej presji. Zwłaszcza ekonomicznej. Sami nie szukaliśmy takiej opcji, ale oferty się zdarzają i nic nie szkodzi na przeszkodzie, żeby w niezdefiniowanej przyszłości skorzystać z takich pojawiających się możliwości. Bo zamiast górnolotnie brzmiącej ojczyzny do umierania, szukalibyśmy po prostu fajnego miejsca do mieszkania, które można polubić i się do niego na krócej lub dłużej przywiązać.

A to owe fajne miejsce do mieszkania tworzą ludzie swoimi zachowaniami, nadając mu ducha i charakter, który można polubić, chcieć uczestniczyć w jego życiu i współponosić zobowiązania w imię jego trwania (oczywiście bez umierania, bo innych fajnych miejsc może być wiele). Nie mamy nawet nic przeciwko znaniu jego historii, z plusami i minusami (ale bez mitomanii) i kultywowaniu lokalnych tradycji i zwyczajów (folklor). A za co mamy lubić Polskę? Ktoś podpowie?

Prawicowi ideolodzy zamiast zarzucać nam nihilizm, niech wezmą pod uwagę, że ojczyzna (uznawana za miejsce zamieszkiwane z własnej woli tu i teraz) więcej skorzysta na naszym płaceniu podatków, przestrzeganiu prawa i byciu uczciwym, ekologii, przywiązaniu do idei nie tylko w sferze deklaracji, wolontariatach czy zaangażowaniu w inicjatywy społeczne, a na "lokalnym" wydawaniu pieniędzy kończąc, niż gdybyśmy mieli wielbić Rejtana, obchodzić rocznicę Grunwaldu, wzruszać się na okoliczność Jasnej Góry i jej obrony czy przystawać na baczność w godzinę W. Taka integracja forma integrowania podzielonego społeczeństwa jest sztuczna i nie sprawi, że ludzie zaczną sobie nagle mówić "dzień dobry", ufać sobie, stowarzyszać się i rozbierać wysokie płoty wokół apartamentowców w centrum miasta.

2007/09/16

A po co to?

Doodge zaprosił nas do łańcuszka pod tytułem "dlaczego piszesz?". No i naszła nas chmara myśli i powodów, które jakoś zgrabnie postaramy sie przelać na HTMLa.

Piszemy, bo:
1. Jest to dla nas relaksujące. Jedni lubią rolki, inni zakupy, a my klawiaturę.

2. Pisanie strukturalizuje przemyślenia, pozwala pogłębić pierwsze wrażenia, szukać argumentów i poznawać kontrargumenty.

3. Nie lubimy Polski w takim jej kształcie, w jakim funkcjonuje:
- jej mitomaństwa
- jej zaściankowości
- jej szarości i monolityczności
- jej wszechkatolicyzmu

Wiemy, że to się nie zmieni, bo Polska nie uczestniczyła w wydarzeniach, które kształtowały nowoczesną rzeczywistość: nigdy nie została przeorana przez reformację, industrializację i migrację ze wsi do miast [zafundowali nam to dopiero komuniści - czyli ponad 50 lat za późno, a i to z pominięciem logiki ekonomii i wagi kształcenia]. Polska mentalność nie została też rozdziewiczona przez rewolucję obyczajową rozpoczętą w roku 68 [bo kiedy świat odkrył - upraszczając - nieskrępowane bzykanie dla przyjemności, my tępiliśmy syjonistyczny spisek]. Tym sposobem nasza "społeczna mentalność" nie miała szansy dojrzeć, ba nawet wyjść z wieku średniego [średniowiecza], potem przemienić się we właściwym czasie z wiejskiej na wielkomiejską, a na końcu ostatecznie skorygować się o osiągnięcia szerokich ruchów kontestujących. Blogowanie pozwala nam czasem inaczej interpretować wydarzenia i puszczać je w świat jako coś - mamy wrażenie - spoza głównego obiegu.

4. Nie lubimy Polaków, którzy zagregowani kształtują właśnie tę wspominaną Polskę:
- ich bogobojności
- ich dulskości
- ich krótkowzroczności i braku umiejętności patrzenia kilka lat do przodu zamiast kilkanaście lat do tyłu
- ich bezwyrazowej jednakowości
- ich braku giętkości intelektualnej i bezrefleksyjności
- ich zamiłowania do form i konwenansów, chociaż czasem sami niedobrze się nią czują [ale tak trzeba, tak wypada]
- ich bierności, braku aktywności obywatelskiej i zamiłowania do nacjonalistycznego patriotyzmu

Wiemy, że to się szybko nie zmieni, bo "układ się broni" i kształtuje nowych w tym samym duchu od lat najmłodszych, ale dzięki blogowi możemy wyrazić swoje niezadowolenie i również posłać je w świat.

5. Mamy specyficzne poczucie misji: liczymy na to, że ktoś, kto tu się przypadkiem zabłąka, przeczyta jeden albo drugi tekst i też go tknie na przemyślenia własne. Nawet jeśli nie będą takie same, to będą.

6. Blog pozwala zetknąć się z ludźmi, którzy myślą podobnie (jeśli nie tak samo), nie tylko przez komentarze czy maile, ale i w "realu". A to jest po prostu miłe.

Do dalszej zabawy zapraszamy Magę - Fe!misia, Wojtka - Abiekta i Kazika - Liberalnego kalwina.

Ps. Equilibrysta: Ciebie nie zapraszamy, bo się wyczerpująco wyraziłeś w swoim pierwszym poście ;-)

2007/09/14

Gorzkie żale po Janie Marii

Dziennik przywołuje kilka opinii po ogłoszeniu Jana Marii Rokity, że nie będzie kandydował. Są one raczej w tonacji żałobnej, tymczasem z punktu widzenia Platofrmy Obywatelskiej nic lepszego nie mogło jej się przytrafić. Do tej pory partia ta miotała się między konserwatywnym centrum, a prawicą, przez co była nie dość, że programowo nijaka, to jeszcze niespójna w swojej nijakości. Frakcja Tuska wiecznie musiała się ścierać z PiSem-bisem Rokity. Do tej pory partia cierpiała na nieustanny kryzys wodzowski. Nie miała jednego wyraźnego przywódcy. Tusk rywalizował wiecznie z Rokitą, albo odwrotnie, produkując wewnętrzne konflikty i rozbijając wizerunek na zewnątrz. O skali niechęci panów Tusków i Rokitów oraz wewnętrznych niesnasek niech świadczy fakt, że "bracia" z platformy o decyzji nie wiedzieli wcześniej i zostali zaskoczeni jej ogłoszeniem tak samo jak szary wyborca. I nagle, główna przyczyna słabości tego ugrupowania zniknika. Prawie sama z siebie. I to bez konieczności cichych mordów...

Platforma ma teraz jedyną szansę, żeby określić swoją tożsamość polityczną. Ma szansę, żeby jej lider błysnął. Ma szansę, żeby stać się grupą jednolitą, bo nic gorszego niż nierówne szeregi w formacji partyjnej... Jedyny szkopuł w tym, że te korzyści są bardziej długodystansowe niż na chwilę obecną. A sytuacja jest pilna, tuż przed wyborami, kiedy nie ma czasu na nadrabianie kilkuletnich zaległości i szybkie przebudowywanie wizerunku. Rokita mógł bądź co bądź zyskać dla PO trochę głosów, nawet jeśli miałby ją potem rozbijać. Ciekawe jednak, jak Platforma wykorzysta to zrządzenie losu w perspektywie czasu.

2007/09/13

Dzwoni teściowa...

Dzwoni teściowa, która jest z natury bardzo delikatną i wrażliwą osóbką i rzecze gorączkowo:

"Oglądałam Rozmowy w toku Ewy Drzyzgi i jestem zbulwersowana"

Krzysiek dopytuje: "Dlaczego?"

Odpowiada: "Bo był program o rodzicach osób homoseksualnych i jedno babsko wstało i w pierwszym zdaniu mówi, że jest katoliczką, matką Łukasza i że syna pedała, to należy z domu wyrzucić, bo to to zboczenie i wbrew nauce Kościoła."

I dodaje, że była też lesbijka, która opowiadała, że jej rodzina wierzyła, że lesbijstwo można wyleczyć biciem. No więc była regularna rozbierana do naga i katowana przez ojca i braci.

Po tym, jak ją krew zalała, a potem opadła, powiedziała, że zamierza napisać w tej sprawie kilka listów i zacząć wolontariat w telefonie zaufania dla rodziców osób LGTB.

Teściowa jest bardzo szlachetna, bo nas nie stać by było na takie gesty. Tej suce - katoliczce (co słusznie podkreśliła) od syna pedała możemy życzyć długiego i bolesnego zdychania, najlepiej na raka macicy. Pomodlimy się też, żeby rodzina lesbijki roztrzaskała się samochodem o drzewo. Tyle mamy do powiedzenia w kwestii katolickiej miłości bliźniego.

2007/09/11

Platforma agituje, a jej zwolennicy się wstydzą


Nie wiemy, jak w innych miastach, ale w Warszawie zaroiło się od billboardów Platformy. Niepodpisanych jako jej, ale jeśli mają zostać, to muszą je podpisać na czas kampanii. I tak do wszystkich powodów politycznych i merytorycznych, przez które przegrają wybory, należy dołączyć nietrafione kampanie marketingowe (bo to już kolejna). Dlaczego?

1. Przesłanie: do kogo jest skierowana kampania? Jeśli do zwolenników PiS, to oni na pewno się nie wstydzą. Ze wstydem za poparcie PiS ciężko nawet u całkiem mądrych ludzi typu Staniszkis. Co mądrzejszym jest ewentualnie w pewnym sensie przykro, że polityka zamieniła się w rynsztok. Billboardy promują więc nietrafione hasło. Wstydzą się co najwyżej zwolennicy PO czy LiDu, jeśli są - oprócz samego bycia przeciw - dodatkowo na tyle zaangażowani, żeby śledzić szczegóły uchybień proceduralnych czy stylu polityki zagranicznej. Jednak przeciwnikom PiSu taka kampania nie jest potrzebna, a zwolennicy PiSu zdecydowanie się nie wstydzą i nie zawstydzą się. Są dumni, że ktoś się dobrał do układu czy czego tam i jeszcze do tego przemawia ich głosem do nich....

2. Grafika: górnego hasła "zasady PiS" prawie nie widać. Zwłaszcza, jeśli billboard wisi na wysokości 3 czy 4 piętra albo jest zawieszony przy drodze i tylko mignie przez chwilę podczas podróży. Zostaje tylko środek i spód, ale bez pierwszego hasła nie ma pożądanego efektu nawiązania do kampanii "zasady zobowiązują" Kaczyńskiego i obnażenia jej pustosłowia.

3. Nośniki: billboardy to nośniki wielkomiejskie. Akurat w wielkich miastach PiS jest ewidentnie w tyle za PO. A w samej Warszawie już na pewno. Po co więc reklamować to, co oczywiste wśród statystycznie przychylnego odbiorcy - wyborcy? Jeśli PO nie żal kilkuset złotych na jeden billboard pomnożonych przez dziesiątki billboardów, to my nie chcemy, żeby oni zajmowali się budżetem.

4. Język: z całej kolekcji haseł na billboardach, najprostszym słowem wydaje się "agresja". Użyte słowa są albo dosyć trudne albo/i abstrakcyjne i nie mogą być przypisane do kogoś lub czegoś konkretnego. Tak się składa, że odbiór i interpretacja słów abstrakcyjnych wymaga pewnych zdolności intelektualnych i sprawności wnioskowania, tymczasem statystyczny Polak ma trudności ze zrozumieniem konkretnych wiadomości w TV. [takich pojęć zazwyczaj dzieci uczą się dopiero w wieku późnoszkolnym; zapytajcie 7-latka czym jest dobro, odwaga czy nadzieja, to się ubawicie, a niektórym tak zostaje] Kto więc równocześnie zrozumie słowo "agresja", zobaczy że chodzi o PiS (a zwłaszcza jego kampanie) i że należy się tego wstydzić, wracając z siatami z Biedronki? Na pewno nie zwolennik PiS...

Kończ Platformo, wstydu oszczędź!

2007/09/09

Temat trudny, a hiena się pasie

Piotr Zychowicz to taki pracownik "Rzeczpospolitej", który obsesyjnie tropi wszelkie zagrożenia dla polskości, chrześcijaństwa i praw większości. Zapadł nam pamięć, bo Bart miał czas i ochotę zweryfikować manipulację w jego tekstach o zagrożeniach czyhających na heteroseksualną rodzinę i chrześcijan.

Tym razem Zychowicz może jednak triumfować, bo niestety jego news zdaje się być w 100% prawdziwy: "Para homoseksualnych rodziców zastępczych molestowała powierzone jej dzieci. Lokalne władze nie interweniowały, bo bały się posądzenia o homofobię". Słowo "triumfować" jest tu jak najbardziej na miejscu, bo w tekście nie chodzi o krzywdę dzieci, ale o moralne zwycięstwo spod znaku "miałem rację, toleruj zboczeńców, a zobaczysz co spotka ciebie i rodzinę". Już tytuł artykułu oddaje ducha i mental autora: "Tolerancja dla gejów kontra prawa dziecka".

Jakby ktoś nie doczytał, albo niedowidział, to zwracamy uwagę, że do molestowania według autora nie doprowadziła głupota urzędników, nie doprowadziła wadliwość procedur kontrolnych, ale tolerancja...

Panie, bój się Pan swojego Boga. Prawicowcy mają tę przypadłość, że popełnianych zbrodni nie dostrzegają, gdy tylko wierzchnia forma jest ok. Jeśli heteroseksualną rodzinę zastąpi homoseksualna, to zapala im się czerwone światło. Wobec takich insynuacji, warto pomyśleć dla oprzytomnienia umysłu, gdzie i kto bardziej winny: heteroseksualiści czy homoseksualiści i zerknąć w statystyki dotyczące odsetka molestowania dzieci w heteroseksualnych rodzinach? A może generalnie przez osobników heteroseksualnych obcych dla ofiary? A może wśród księży? A może w domach dziecka i placówkach opiekuńczych (z uwzględnieniem czynów dokonanych także przez współpensjonariuszy)? Może dodać do tego przemoc psychiczną i zbadać, gdzie ODSETEK jest wyższy? (bo liczba przypadków na pewno nie będzie korzystna dla heteroseksualistów)?

"Dyrektorka jednego z domów dziecka w Warszawie, która stwierdziła, że połowa jej podopiecznych była molestowana seksualnie, odmówiła podania nazwiska. Żadna z ofiar nie zgodziła się pokazać twarzy ani ujawnić nazwiska, czasami nawet imienia. Zamykamy oczy, zatykamy uszy i udajemy, że problemu nie ma. Choć fakty krzyczą - w Polsce rocznie jest wykorzystywanych seksualnie około 10 tysięcy dzieci." - można przeczytać tu

Niestety trudno znaleźć takie dane, ale intuicyjnie odważymy się stwierdzić, że heteroseksualiści wypadliby w nich znacznie gorzej. Dlaczego? Bo niewielu gejów i lesbijek chce mieć cokolwiek wspólnego z wychowywaniem dzieci. A Ci, którzy chcą, mają nadzwyczaj silną potrzebę i instynkt rodzicielski. A dziecko nie trafi im się z przypadku. Nie zrobią go sobie też za becikowe, ani nie pożyczą "wujkowi" z meliny za butelkę wódki. Nie podrzucą do ochronki, ani nie zostawią na śmietniku. Będzie ono dla nich prawdziwym skarbem. Przypadki patologiczne, które się wśród nich zdarzą, NIE BĘDĄ częstsze niż u heteroseksualistów. A z całą pewnością będą rzadsze niż patologia w murach domów dziecka. Może zatem warto?


2007/09/07

[]`*


Nie bądź obojętny! Odpal racę: []`*

2007/09/06

Co ludzie powiedzą? Ateistyczny coming out

Przeczytaliśmy wstrząsający reportaż, jak to się żyje ludziom w zgodzie z sumieniem. Niektórzy piszą do nas, że nie lubią kiedy coś skądś kopiujemy, bo to żadna inwencja, ale co tam... Nie zawsze trzeba odkrywać koło na nowo i warto skorzystać z tego, co już jest. Wklejamy kluczowy fragment:

"Łukasz wie, że nie jest łatwo, bo ma sąsiada, który od jakiegoś czasu nie chodzi do kościoła. Najpierw miejscowe babcie przestały mu odpowiadać na "dzień dobry", potem proboszcz na kazaniu powiedział, że to komunista, a potem ktoś mu wybił szybę w oknie. Łukasz więc chodzi do kościoła regularnie. Mówi, że robi to dla dobra swoich dzieci, bo nie chce, żeby spotkała je jakaś przykrość. 2 kwietnia zaprowadził je na mszę z okazji rocznicy śmierci papieża Polaka. Wychowawczyni sprawdzała obecność"

Przesadzamy? Nieeeeee, wystarczy się rozejrzeć z mniejszą pobłażliwością dla patologii:

"Zosia nie będzie musiała się obawiać, że jeśli nie pójdzie do bierzmowania, to nie będzie mogła wyjść za mąż, tak jak nam to było wpajane, nie będzie wytykana palcami i wyśmiewana w szkole tak, jak było za naszych czasów z dziećmi, które nie chodziły na religię"

A może domowy obraz powszedni: mamuśka, co miłuje, wspiera i rozwija indywidualizm dziecka?

"Ateizm? Jak ja cię wychowałam?! - krzyczy mama na Marka (imię zmienione). - Jakie ten twój ateizm wystawia świadectwo nam, rodzicom?! To znaczy, że my jesteśmy nikim. Słyszysz? NIKIM! Że nam się życie nie udało. Przecież Bóg to podstawa. Kościoła można nie lubić, ojciec dyrektor też ma zastrzeżenia do biskupów, ale mówić, że jesteś niewierzący?! My z ojcem przestaniemy wychodzić na ulicę"

Doskonale wiemy, jak działa wykluczenie i przemoc symboliczna. Nawet ta niebezpośrednia, ale kłębiąca się w małym pudle telewizora. Niby jej siedlisko jest daleko, ale z mocą fal rozchodzi się nawet do najdalszego zadupia i kształtuje mentalność odbiorców. Doskonale wiemy, jak to jest musieć udawać kogoś innego. Albo nie musieć udawać, ale musieć udowadniać, że nie jest się tym czy owym... Doskonale wiemy, że klecha może być we wsi jeden i na dodatek głupawy, klawy i garbaty, ale moc ambony daje mu realne panowanie na rzędem dusz, a co za tym idzie i spolegliwość władzy państwowej. Wiemy, że miłość bliźniego brzmi ładnie, ale w praktyce ma właściwości totalitarne. Zwłaszcza, że ludzi mądrze wierzących znamy ledwie kilkoro, a oportunistów i fanatyków całą resztę.

Dlatego organizacji o skłonnościach totalitarnych i idei miłującego wykluczenia mówimy nie! I tym Zosiom i Pawłom dajemy znać, że ich rozumiemy. Na Internetową Listę Ateistów i Agnostyków kolejno odlicz, jeśli niekoniecznie wierzysz w moc stwórczą akurat tego jedynego Boga Ojca Wszechmogącego (w Trzech Osobach), albo nie akceptujesz tego, co się dzieje pod płaszczykiem wiary.